Minął rok. Teraz o mnie

Rok temu zadzwonił telefon z Ośrodka Adopcyjnego. Od tamtej pory nie tylko wychowuję dziecko, ale też lepiej poznałam siebie. I to nie zawsze jest ta lepsza część mnie.

Jestem nim, jestem moim dzieckiem. To mój cały świat, budzę się z nim i zasypiam z nim, wypełnia mi dzień, wypełnia mnie całą.

Jestem zaborcza. Nikt nie może mi powiedzieć, co mam robić, bo wiem lepiej. Bo jestem nim. To trudna próba dla mojego męża. Kochamy się tak, jakbyśmy czekali na siebie od stu lat, miłością nieznoszącą rozstań, ale przez ten rok wiele dyskusji wymknęło nam się spod kontroli. Od roku najważniejsze jest dobro dziecka, ciągle wchodzimy na jakiś nowy nieznany teren, często jest zaminowany, jak się okazuje. Nigdy nie byliśmy jednomyślni – na szczęście, bo życie dzięki temu jest ciekawsze – ale nie mieliśmy problemu z ustąpieniem sobie w ważnych sprawach. Dobro dziecka jest jednak z marmuru, nikt nie ustąpi jeśli w grę wchodzi dobro dziecka… Na szczęście, ja jestem zaborcza, a mąż jest mądry i jakie gromy by nie leciały, każdego wieczoru przytulamy się jak pierwszy raz.

Jestem mięczakiem. Popłakałam się z nim podczas szczepienia. Trzymałam go na kolanach, on z pełnym zaufaniem szukał we mnie ratunku, a ja musiałam go trzymać siłą, żeby lekarz wbił igłę. Niesprawiedliwe. Drugi raz wynajmę obcą panią do trzymania dziecka.

Zaniedbałam wiele rzeczy. Zaniedbałam bloga, niektóre znajomości, trochę siebie. Pakując się na święta, pomyślałam, że nie potrafię się już ładnie ubrać. Może potrafię, ale mi się nie chce. Zdziczałam. Albo po prostu przestało to być dla mnie takie ważne.

Biczuję się co wieczór, że coś zrobiłam źle. Że za mało czytałam; że nie poświęciłam uwagi, kiedy ciągnął za spodnie; że nie miałam cierpliwości tłumaczyć, czym grozi ciągnięcie za kabel od lampki; że znowu nie odważyłam się na zabawę w przelewanie wody, bo nie chciałoby mi się sprzątać. Mija rok, a ja ciągle jestem niepewna siebie. Na koniec dnia Iza z krótkiego bloga ostro ocenia Izę mamę…

Ale to wszystko nie ma aż takiego znaczenia. Mija rok, a ja patrzę, jak z kokonu bezradności wydostaje się mały człowiek, który wszystkiego musi się nauczyć. Fascynujące. Nawet, jeśli zrobiłam coś źle przez ten czas, widocznie aż tak bardzo nie skopałam sprawy, bo syn jest zdrowy i szczęśliwy.

29 komentarzy

  1. Mija rok. A Ty jesteś najlepszą mamą na świecie. Zawsze coś zrobimy źle, zawsze będziemy mogli coś sobie zarzucić. I chyba zawsze będziemy o coś się sprzeczać. Patrzymy na niego razem. A każde chce, aby było trochę jego. Jest podobny do Ciebie. Bardzo. Do mnie wcale. Za to ma moją dzikość. To moje podobieństwo. Mam z O. taką samą ciekawość świata – „ooo, kabel, ciekawe co się stanie…”

    Mija rok, a nasz synek pokonał wszechświat. Jest z nami. Potrzebuje nas, wychowuje pod siebie. Zwłaszcza mnie. Owija mnie wokół małego palca. Wiem, to. Ale widzę, jak też potrafi grać Tobą (O. kanapka, ble, ble, ble – no, ok, coś zjeść musi, O., masz kaszę 🙂

    Uśmiecha się. Jest szczęśliwy. Ciekawy świata. Rozwija się z prędkością światła. Chyba nie jest tak, że robimy coś źle. Robimy tak, jak nam się wydaje. A on jest szczęśliwy z nami. Jak my z nim.

  2. Nie piszę tu często, ale teraz czuję taką potrzebę.

    Iza, jesteś cudowną mamą 🙂 najlepszą jaką On mógł sobie wymarzyć. I koniec, i kropka 🙂
    A razem ze swoim mężem jesteście cudownymi rodzicami, mądrymi ludźmi, którzy wiedzą co dla syna jest dobre. Wyrośnie przy Was na mądrego człowieka.

    Buziaczki

  3. Trudno uwierzyć, że to już rok. A niedawno jeszcze miałaś niemowlaczka a teraz to już jak piszesz ciekawski człowiek z własnym widzimisię Pewnie, jeśli o ile się zobaczymy w najbliższym czasie, to już Tego Smyka nie poznam
    A moda ci chyba nie zbrzydła, tylko przeszła w kreatywność, sądząc po ostatniej bluzce… Iza, wrzuć jakiś uszyt, bo nie pamiętam kiedy byl
    PS. Temat zarodków jest ważny. Dobrze, że wypowiedzialysmy się o różnicach zdań. Kto jak nie my, ma o tym dyskutować. Może warto podsunac temat naszemu bocianowi, żeby będąc w kontakcie z klinikami poprostu zwracali uwagę na temat informowania pacjentek.
    Apropos bociana. Ktoś wybiera się na kawę z naszym bocianem?

  4. Cudnie się czyta takie wpisy. Kapią szczęściem 😉
    A my w końcu dostaliśmy kwalifikacje na kurs, ale i tak musimy (wg oa oczywiście) kilka rzeczy „przepracować”. Więc radość jest, ale jakaś taka…
    W życiu nie wymyśliłabym takich problemów, jaki oni widzą u nas.
    Teraz np. jest bardzo źle, że pochodzę z wykształconej rodziny, bo na pewno będę miała problemy z zaakceptowaniem ewentualnych szkolnych problemów dziecka. A ja naiwna myślałam, że to na plus, że rodzic wykształcony czy oczytany…
    Z jeden strony fajnie, że prowadzą taką psychoanalizę i pokazują różne słabe punkty, ale połowa z nich jest dla mnie wydumana.
    Po raz n-ty usłyszałam zapewnienie: to tylko dla Państwa dobra i z szacunku dla was.

    1. Jezu, Gaja, jakiś dziki masz ten oa… Ręce opadają… Pewnie to co powiem nie spotka się z aprobatą część środowiska adopcyjnego, ale… Skoro trafiliście na takich zawodników, to po prostu zagryź zęby i potakuj… Weźcie dla siebie z kursu to co najlepsze i wartościowe, a resztę pomiń milczeniem.
      Ja miałam świetny oa, to, że skończyłam studia (nawet podyplomowe) , nie było przeszkodą, nikogo to nie obchodziło.

    2. Gaja to w sumie jesteśmy na tym samym etapie, tyle że nasz OA jakiś chyba łagodniejszy w osadach. My też obje wykształceni, z rezolutnym dzieckiem a nikt takich problemów się u nas nie doszukiwał ;-). a wiecie kiedy już zaczynacie?

      Iza ja od 4 lat co wieczór rozkminiam, że mogłam inaczej, ze niepotrzebnie się uniosłam, ze za mało przeczytała, że nie poświeciłam uwagi…

  5. O rany, to już rok! Wspaniale!
    Jesteście najwspanialszymi Rodzicami na Świecie (oprócz każdego z Nas, oczywiście) i macie Najwspanialszego Syna na świecie. I dziś wieczorem jak mały uśnie, powiedz Mężowi że jest najwspanialszym Facetem na świcie, a Wasz syn jest najwspanialszym Synem na świcie i tyle.
    A u mnie dzisiaj , właśnie 5 minut temu , najdziwniejszy, najwspanialszy i najbardziej przerażający telefon.Odezwała się Nasza Klinika, która prowadziła Nas przez procedurę. Dopatrzyli się że leżą u nich Nasze zarodki od 3 lat i nikt nie wiedział do kogą należą dzięki temu gniotowi, zwanemu ustawą. I …. i umówiłam się na rozmowę jak mogę je wykorzystać.
    M-żonka powiedziała że to znak, że to właśnie ten moment, nasza kolejna szansa. Czyżby moje noworoczne marzenie miało się spełnić?! Dziewczyny trzymajcie kciuki.

      1. Wszyscy wiedzieli że tam są, ale przy samotnej matce czy też les i aktualnym brzmieniu przepisów nikt nie wiedział do kogo one należą i kto może nimi rozporządzać. Tak więc klinika nie naliczała opłat za przechowywanie a my nie płaciłyśmy. A teraz Nasza genetyk zadzwoniła że już wiedzą co i jak i albo je bierzemy dla siebie albo one trafią do banku. Więc pytanie co mogę z nimi zrobić jak je wezmę na siebie. Bo ja wiem co chcę z Nimi zrobić, ale pytanie czy Klinika to zrobi.

        1. To ciekawe, czyli jeśli dobrze rozumiem, to waszych zarodków oficjalnie nie było? 🙂 no to naprawdę bubel…
          Rozumiem, że nie zabierzecie ich w termosie do domu
          Ile lat ma już wasza córka? 3?

          1. Do domu nie, ale może rozwiązaniem byłoby przeniesienie ich do kliniki w innym kraju? Tylko pewnie to też nie takie łatwe przy obecnych regulacjach?
            Dziewczyny, czy w Polsce partnerzy podpisują zgodę na wykorzystanie zarodków po ich śmierci? U nas (jeśli jest zgoda) jest na to rok, a potem sytuacja podobna jak u Wiktorii i M-żonki: niby masz zarodki, a nie masz do nich praw…

          2. Tak Olga32ma już 3 latka i jest dorosłą panienka z mocnym charakterkiem. Niestety zabrać ich nie jest łatwo , a i zrobienie procedury po za Polską też nie jest łatwe, bo jak to pogodzić z pracą i domem. Już raz przechodziłam przez dojeżdżanie do kliniki 250 km. Wolałabym teraz dojeżdżać tylko na 2-gi koniec miasta 😉
            Za 10 dni mam spotkanie w klinice i dowiemy się co dalej proceduralnie. I jeżeli nasz przyjaciel się nie wycofa z obietnicy i podpisze papiery to będziemy robić wszystko co w naszej mocy by wykorzystać tą szansę, pewnie ostatnią w naszym przypadku. A może klinika wymyśliła coś innego.
            Trzymajcie kciuki by się udało.

  6. My dziś po rozmowie „podsumowującej” w OA. Teraz czekamy na tel. w sprawie kursu, być może za miesiąc-dwa rozpoczęcie.
    Podobno bardzo mało chętnych ostatnio, i czekają, aż zbierze się 5 par.
    Już miałam ochotę im powiedzieć, że chyba znam przyczynę tego zjawiska 😉
    Żeby nie było za słodko, zapowiedzieli, że będą jeszcze „drążyć” nasze słabe punkty.
    No cóż, psychoanalizę mamy przynajmniej za darmo…

    1. Gaja, no właśnie, ciekawe zjawisko z tym niedoborem chętnych… 😛 U mnie w OA czekaliśmy na rozpoczęcie kursu pół roku, bo chętnych było za dużo…
      Trzymajcie się i wytrzymajcie te gorliwą psychoanalizę! Wierzę, że kurs będzie już sympatyczniejszą częścią Waszych spotkań.

      1. Podobno to są naturalne fluktuacje 😉 raz jest dużo kandydatów, a raz mniej, teraz podobno dołek.
        Rozmawiałam z dziewczyną , która idzie równolegle z nami, ma dokładnie takie same odczucia co do tego OA, więc uspokoiło to mnie, że to jednak z nie nami jest problem.
        No i narzekają strasznie na naciski, że dziecko za wszelką cenę powinno być w rodzinie biologicznej. Taką mamy aktualnie politykę prorodzinną.

  7. Niepłodność: My – 2:0 … Druga insemimacja fiasko.. znów piękne komórki..endo super.. a wynik dzisiejszej bety.. okraglutkie 0. Zmuszeni jesteśmy zrobic sobie 2-3 albo nawet 3-4 miechy przerwy ze względów zdrowotnych męża. Jedna zaleta, że odpocznę i może nabiore nowych sił witalnych, bo jestem już tym wszystkim zmęczona…
    Za wszystkie dziewczyny trzymam mocno kciuki.

    1. Samosiejka, przykro mi, przytulam 🙁 … Uważam, że zimą w ogóle powinno zakazać się leczenia – wszystko jest szare i bure, nic nie wychodzi. Regeneruj się, wiosną będzie lepiej. To nie koniec meczu!

  8. Dzięki za słowa wsparcia.. Olga, do lekarza jeszcze nie dzwoniłam.. Choć na ostatniej wizycie pytała się czy o in vitro myśleliśmy. Także myślę, że po tej przerwie wskoczymy od razu w in vitro, darujac sobie iui.
    A frustracja, to jest dla mnie słowo klucz w tym momencie… Jak odbierałam wynik i zobaczyłam magiczną cyfrę 0, pierwsze co przez myśl mi przeszło to dlaczego los tak okrutnie każe osoby, które pragną dziecka. A jak wróciłam do domu, to powiedziałam do męża, że powinniśmy dziękować opatrzności…losowi..lekarzom..i nie wiem komu jeszcze, że juz dane nam jest cieszyć sie naszym dzieckiem, patrzec jak się wspaniale rozwija, doceniać każdy dzień spędzony razem. Bo nie wiadomo czy uda nam się powtórzyć cud, jakim było zajście w ciążę.

    1. Myślę, że jeśli macie kasy na ivf to warto spróbować, bo skuteczność w porównaniu do iui większa. Jeśli leczysz się w Warszawie to może ten program z dofinansowaniem, jakies badania kliniczne, czy coś. Asti wie o co chodzi…
      Teraz póki co odpocznijcie. W pełnym tego słowa znaczeniu. Niepłodność wtórna to też dziwka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *