Dzień, w którym zadzwonił TEN telefon

Pamiętam wszystkie detale z fotograficzną dokładnością.

Byłam w pracy po spotkaniu, na którym podsumowywaliśmy olbrzymi projekt. Zacieraliśmy ręce do startu, pracowaliśmy nad tym od roku. Wróciłam do komputera, otworzyłam 3 ważne dokumenty, kiedy zabrzęczała komórka, wieszcząc początek porodu. Umówiliśmy się w ośrodku adopcyjnym, że z ważną wiadomością mają dzwonić do męża, bo ma lepsze warunki do rozmowy w pracy. Więc pewnie trzeba tylko donieść jakieś dokumenty – pomyślałam – ale wyszłam na korytarz. Na korytarzu też nie było jak porozmawiać, byli ludzie, byli jednak przypadkowi, wchodzili, wychodzili, mijali. Mogę odtworzyć teraz wszystkie twarze i wzór szarej wykładziny, w której szukałam odpowiednich słów.

– Chcemy zaprosić was na wysłuchanie historii trzymiesiecznego chłopca. Nie będzie to łatwa historia – powiedziała nasza opiekunka z ośrodka.

Przestałam oddychać. Chciałam coś powiedzieć, ale powiedziałam tylko „Yyyyy, yyyy…”. Przez głowę przelatywały mi setki obrazków. Zagracony pokój dziecięcy, remont mieszkania, start wielkiego projektu, podróż w góry, zapytam męża, wykładzina w pracy, nie umiem zmieniać pieluch, niech pani zadzwoni jutro, oddychaj, zorza nad Islandią, zepsuta drukarka, jak wyglądają 3-miesięczne dzieci, kolorowy materiał na uszycie koszulki, pierogi od mamy, czy on jest zdrowy, wieczorem mają wpaść przyjaciele, musimy kupić odkurzacz, co to znaczy „trudna historia”, w domu zakwitły bromelie, o jakie ładne kwadraty na wykładzinie, a gdzie on teraz jest…

– To jak, będziecie? – słyszę pytanie w słuchawce.

– Yyyyy, yyyyy… Taaaak!  – w końcu udało mi się wyartykułować pełną sylabę.

– A jak się pani czuje?

Zdecydowałam się na fizjologiczną szczerość.

– Yyyy… nie mogę oddychać. Muszę… muszę policzyć do dziesięciu, chwila…

Dałam sobie czas, policzyłam. Na wykładzinie ułożyły się słowa.

– Jestem podekscytowana…  Dziękuję, że do nas zadzwoniliście – nie udało mi się nic mądrzejszego wydukać, pamiętam wszystkie kretyńskie formułki, które powiedziałam, a zwłaszcza, że przez większość rozmowy sapałam do słuchawki, bo brakowało mi tchu.

Rozłączyłyśmy się.

Napisałam do męża SMS, że zadzwonię za 5 minut, niech znajdzie spokojne miejsce. Odebrał ostrożnie telefon, pełen troski, żeby mnie pocieszyć. Pomyślał, ze wyrzucili mnie z pracy.

– Zaczęło się. Zaczęło się. Zadzwonili z ośrodka. Czeka na nas chłopiec.

***

Wróciłam do komputera w biurze z kamienną twarzą. Skończyłam uwagować trzy otwarte dokumenty („Nie mam uwag, bardzo dobrze” – wydałam opinię, bo wszystko stało się szklane, śliskie, oczy mi się nie zatrzymywały na niczym). Wyświetliłam w google zdjęcia 3-mięsiecznych niemowlaków. I wtedy, wtedy dopiero się rozpłakałam.

131 komentarzy

  1. To mi przypomina uczucie, jak zrobiłam test ciążowy po crio. Nawet tu napisałam, Niebieska mi to kiedyś przypomniała, że sik był w naszym minicentrum handlowym, bo już nie mogłam.. i jak dostrzegłam ta druga kreskę, to jakby mnie zamurowało… No poprostu szok, niedowierzanie, poczucie, że to niemożliwe, czy to już, chyba się udało, czy się uda…. Raczej szok, jak wzruszenie i potem lęk…

  2. Dziewczyny miałam się meldować co jakiś czas z dobrymi wiadomościami.
    I właśnie miałam wieczorem wstawić wpis, że jakoś się trzymamy, 31 tc skończony we wtorek i odliczamy upływ 32 tc i bardzo liczę, że on też się szczęśliwie skończy w dwupaku.
    I już trzymałam komórkę w ręku, gdy poczułam jakiś niepokój.
    Wstałam i o 21:30, w dzień kobiet, stało się to co zwykle. Znowu doznałam tego znienawidzonego uczucia. Zaczęły ze mnie lecieć wody.
    Taki dostałam prezent – jestem w szpitalu.
    Najpierw leżałam na sali porodowej, podpięta długo do ktg.
    Pobrano krew, wymazy, dostałam antybiotyk i sterydy na płuca.
    Krew poszła na badanie na cito, czy to nie przez jakieś zakażenie.
    Oczywiście wyniki krwi bardzo ładne, crp niskie. Nawet hemoglobina śliczna.
    Skurcze się nie piszą, coś tam czasem niewielkiego czuję.
    Pani doktor wyjęła pessar, bo przy odpływających wodach to zaproszenie dla bakterii.
    Oczywiście to odpłynięcie wód to nie przez kłopoty z szyjką. Szyjka zamknięta, całkiem długa.
    To po prostu moja klątwa i tyle.
    Niedawno przenieśli mnie na patologię. Mam wytrzymać jak najdłużej, przynajmniej tyle, żeby sterydy zadziałały.

    Teraz idę spać, niedługo druga dawka sterydów.
    Będę nadawać. Trzymajcie kciuki.

  3. Ja też nie mogłam złapać tchu… czytając ten wpis. Niesamowite.
    My dopiero przed kwalifikacja na warsztaty i bardzo się obawiamy, bo na wizytacji w domu znów usłyszeliśmy jak ważne jest przerobienie straty i akceptacja niepłodności. Czujemy, że przez to mogą nas odrzucić.

  4. Aż łzy mi podeszły do oczu 🙂
    Pamiętam pierwszy telefon, mniej więcej szok był podobny, gdy zobaczyłam na wyświetlaczu „Ośrodek Adopcyjny” (po 9 miesiącach od kwalifikacji) 🙂
    – Dzień dobry Pani Beato, z tej strony Ośrodek adopcyjny, może Pani rozmawiać? (oczywiście byłam w pracy)
    – Jasne że mogę, prawie zeszłam na zawał jak zobaczyłam, że to Wy dzwonicie.
    – Proszę nie umierać, Czarodziejowi potrzebni są oboje rodzice…
    Mniej więcej tak to wyglądało u nas 🙂 tak się dowiedziałam że mamy Syna 🙂
    A dziś? wesoła trójka lata po chacie, chwilami sama nie dowierzam.
    Cudowne, nowe chwile przed wami, pełne zaskoczeń, pewnie czasem strachów ale chwila moment i będzie tak jakby nigdy nie było nic przed :).
    Ściskam was i powracam do swoich wspomnień 🙂

  5. Wzruszające Iza. Chwyta za serce. A ja już po oddaniu krwi, w południe wynik bety i wizyta u gina. Nie trzęsę się bardzo ze strachu, bo wczoraj zrobiłam coś za co należą mi się bęcki – test sikany 🙂 i wyszła druga kreska. Biorę to za dobrą wróżbę.

  6. Iza, czekałam na ten wpis, tak samo jak czekałam na informacje ze zostaliscie rodzicami. Aż mi się oczy zaszkliły.
    Ja też pamiętam cały poranek po pozytywnym teście…pamietam z czym mąż zrobił bułki na śniadanie… I moje pierwsze ciążowe rozterki w tym dniu.. „Boże to jest surowy łosoś!! Przecież ja go nie mogę jeść”
    Wezon. Tak jak już Ci pisałam! Trzymaj się dzielnie! Wszystko będzie dobrze! Pisz na bieżąco bo wszystkie siedzimy jak na szpilkach..

  7. Dziewczyny prośbą w kwestii imunologii. Nie mogę doszukać się postu o szczepienia z surowicy, a wiem że jest na pewno bo czytalam jakiś czas temu. Ja po wizycie u dr Pasnika i chce powspominać wasze doświadczenia. Dzieki

      1. Nikki my jeździliśmy z mężem na szczepienia limfocytami partnera do Łodzi. Skierował nas tam, w konkretne miejsce, immunolog w Krakowa. Pamiętam, że po trzecim szczepieniu wynik był wyższy, ale nie powalający, więc czwarte, i crio w ciągu 2 miesięcy. Wypadło nam w 40 urodziny męża – i chyba dostał najlepszy prezent urodzinowy, bo właśnie mija 20 tc :D.
        Nie wiem, czy szczepienia są remedium na każde niepowodzenia, u nas pomogły. Być może nie bez znaczenie jest też to, że co 2 tygodnie mam kroplówkę z intralipidu – przy poprzednich transferach nigdy ich nie miałam.

    1. Ja byłam szczepiona limfocytami męża jeśli o to Ci chodzi. Aby wyprodukować przeciwciała blokujące przeciwciała przeciwplemnikowe 🙂 jeździłam do prof M do Łodzi. Miałam 3 doszczepiania co 2 tygodnie, później kontrolny wynik MLR, który wyniósł 45%- czyli niby ok, ale ciąży nadal nie było, więc kolejne doszczepiania, ogólnie było ich 7, w międzyczasie inseminacja, in-vitro i nic. Kasa się skończyła. Temat zamknięty.

      1. Natłok myśli, nie wiem na co się zdecydować. Na chwilę obecną waham się między zastrzyki enbrel, który czeka już w lodówce, a szczepieniami. Ja po wczorajszej wizycie chyba zaczynam się godzić że nie zostanę mama… Ale ostatnia szansę zamierzam wypróbować, nie wiem jeszcze tylko która……

  8. Iza, wymiatasz. Opisujesz życie i dobierasz słowa w taki sposób, że ja nie czytam, tylko oglądam film z Twoim udziałem. Pięknie obrazujesz. My z m jesteśmy po odwiedzinach pracownika z OA w naszym domu. Czekamy, aż ruszy kurs. Do Tego telefonu jeszcze nam daleko, ale raz nie możemy się doczekać, raz oblatuje nas strach..

  9. Niestety chyba rodzę. O 13 dostałam skurczy. Zgłosiłam to i położyli mnie na obserwację na salę porodową o 14.
    Dostałam coś na wstrzymanie skurczy – mogą tylko jeden dać lek, bo większości, np. dobrze działającego atosibanu nie można, gdy odpływają wody.
    Pomogło na chwilę. Od 18:00 mam skurcze co 5 minut, bardzo bolesne.
    Szyjka zgładzona, rozwarcie na palec.
    Ale za wszelką cenę walczą o każdą minutę w brzuchu. O czas dla sterydów.
    Jestem zmęczona, obolała. Mam dosyć.

  10. Wężon, Ty to jednak masz jakieś czarodziejskie zdolności, od początku przewidywałaś że tak to się skończy. Trzymam kciuki, żeby mała Gryzia się tu szybko na tym świecie odnalazła zdrowa i silna, jak mama! Trzymajcie się dziewczyny, czekamy na wieści.

  11. Dziewczyny urodziłam. To był jeden z najgorszych dni w moim życiu. Ale dajemy radę. Teraz padam z wrażenia i ze zmęczenia. Jutro wszystko opiszę.

    Na świecie jest Ariadna: 1500 g i 47 cm. Urodzona 9 marca o 21:45.

    1. Gratulacje, Wężonie ! Czekałam z niecierpliwością na wieści.
      Dużo siły dla Ciebie, zdrówka dla maluszka. Trzymajcie się tam, już pokazałyście że jesteście twarde kobitki, oby tak dalej . Buźki

    2. Witaj na świecie Marcowa Dziewczynko!
      Wężon, gratulacje, szybko otrząśnij się z bólu, strachu i zmęczenia i bądź silna dla Twoich córek. Zaczyna się cudowna przygoda we czwórkę. Tyle lat. Jestem wzruszona.

  12. Iza, mam nadzieje, ze sie nie obrazisz za te mała prywatę ale dziewczyny, moze któraś akurat jest zainteresowana. Mam do sprzedaży mebelki dziecięce (komoda, regal, szafa) nowiutkie, nieużywane, szafa nawet nierozpakowana. Znanej firmy dziecięcej, szczegółowy na maila jesli ktoś zainteresowany. Moge sprzedać komplet dużo, dużo taniej. Jakby co odzywajcie sie. Wychodzi jeden mebel gratis:)

  13. A jakby ktoś pytał dlaczego to powiem szczerze, ze kupiliśmy impulsywnie a teraz podoba mi sie cos innego a te maz wczoraj przywiózł ze sklepu i jakos po remoncie pokoju nie pasują mi do wizji:)

  14. Iza, czytam i czytam nocą bezsenną i nieustannie się wzruszam do guli w gardle. Wspominam nasz październikowy świt, spotkanie po drugiej stronie brzucha. Wtedy też wszystko było takie wyraźne, nie wiedziałam, że można widzieć tak wyraźnie przez łzy.

    1. Mamy jeszcze 5 zarodków, więc zrezygnować nie możemy.
      Myślałam, że znalezienie przyczyny, usunięcie jej coś da.
      Naiwności.
      Już nawet żałuję, że zdecydowałam się na ten „kolejny raz”.
      I jeszcze kilka razy muszę przez to przejść.

      1. Nie powiem Ci, że się uda. Nie wiem tego na pewno, choć bardzo, bardzo bym chciała. Może ten ostatni raz posłuży Ci, by nigdy nie żałować i nie myśleć co by było gdyby, a może dostarczysz nam tu wkrótce wzruszeń po smarki. Czekam na to.
        5 szans to dużo szans.
        Kiedy brałam nasz szczęśliwy zarodek czułam zniechęcenie. Też odliczałam ile razy jeszcze będę musiała przez to przejść, choć ten był dopiero trzeci. Nie mogłam się wybudzić po narkozie, a kiedy to zrobiłam powiedziałam mężowi, że potrzebuje przerwy, no i faktycznie nie wracam po mrozaki od długich miesięcy.
        Chcę by Twoja historia była jedną z tych, które się opowiada z oczami wilgotnymi od łez wzruszenia. Trzymam kciuki z całych sił.

      2. Gaja,
        tak mi przykro…
        🙁
        Bardzo chciałabym napisać coś mądrego….bardzo Ci kibicuję i serce mi pęka :-/

        PS. Jeśli mogę zapytać (możliwe, że było to wspomniane i przeoczyłam) czy Twoje problemy hematologiczne to jakaś rodzinna przypadłość, coś co zaczęłaś badać, bo innym w rodzinie coś się działo czy coś co po prostu wyszło przy okazji starań? (naturalnie jeśli nie będziesz chciała odpowiadać na takie pytania, to luz)

        Ścisk.

        1. Zouza, Niebieska, dzięki za Wasze słowa.

          Hematologia zaczęła mi się psuć gdzieś koło 28 roku życia, anginy, zakażenia, afty, szpitale i w końcu okazało się, że mam dość poważną neutropenię, nie wiadomo skąd. Na szczęście jedyne objawy to częstsze zachorowania, ale da się z tym żyć. No i być może wczesna menopauza, ale nie wiem, czy jest to powiązane. Czytałam o związku neutropenia- niepłodność, więc coś jest na rzeczy. No i mam kompletnie zły profil cytokin, to się zapewne łączy – źle działający szpik…

  15. Wężon! Kochana! Gratuluję z całego serca blogowa weteranko, wzruszyłam się bardzo. Gryzia dostała piękne niepospolite imię 🙂
    Trzymajcie sie, ucałuj Maleńką!

    Dużo zdrowia Ariadno!

  16. Wężon, no nie wierzę. Po mega trudnej nocy odpalam bloga i kawę i czytam sobie najpierw wpis Izy i kawa już słona.. A potem tadam tadam.. Kawa do zlewu. Nos czerwony. Czytam 3 razy bo nie dociera..
    Jesteś po drugiej stronie Tęczy! Brawa Ariadna! Zuch Dziewucha! Brawa Mama! Jesteś na tym blogu dowodem na to, że trzeba próbować póki jest szansa. Ściskamy Was!

  17. Wężonie i Ariadno (co za piękne imię) – trzymajcie sie dziewczyny. Obyście szybko wrociły do domu. Jestem wzruszona i zmartwiona zarazem – dzięki Twojemu uporowi i wytrwałości ten mały cud jest na świecie, i choć córeczka pojawiła się trochę za wcześnie mam nadzieje, że szybko nadrobi swoje wcześniactwo.

  18. Po transferach bałam się robić sikaczy, od razu beta. I o nawet mąż sprawdzał. Za drugim razem jak powiedział 120, to myślałam że zemdleję- nogi jak z waty. ☺

    O drugą ciążę zaczęliśmy się starać szybko- syn miał 8 miesięcy. Udało się od razu- bez żadnych lekarskich wspomagaczy ☺ byliśmy w szoku. Ze 2 miesiące nie mogłam uwierzyć, że czekamy na drugie dzieciątko. W 4 miesiącu niestety znowu ugięły się kolana- tym razem wszystkim- u Malutkiego stwierdzili zespół Edwardsa

    Wężon trzymaj się dzielnie. Zdrówka i siły dla Was obu

      1. A co ma być? na pierworodnego czekaliśmy 7 lat. A teraz modlimy się o cud- aby Malutki dożył do porodu, a po porodzie żeby się okazało, że wady nie są duże i można je „załatwić” rehabilitacją.

        1. Strasznie mi przykro… Moja przyjaciółka zadzwoniła do mnie dziś po rehabilitacji swojego synka, żeby powiedzieć, że obok niej rechabilitowali chłopczyka 18 miesięcznego z porażeniem mózgowych, który normalnie biegał, skakał, filmowa i zaczynał mówić! Niesamowite! Mam nadzieję, że i Was też tak będzie, ściskam mocno.

  19. inspirujesz mnie kochana;) Jestem na początku tego wszystkiego a już minęły 3 dobre lata.Przeczytałam twojego bloga w całości z polecania koleżanki .Widzę ze droga do macierzyństwa była bardzo wyboista ale z szczęśliwym finałem gratuluje. Też zaczęłam to spisywać bo to trochę łatwiej ale ulżyło mi że są jeszcze osoby w tym kraju które potrafią tak otwarcie opisywać swoje uczucia rozterki.

    1. Canticles, 3 lata to duzo. To są 3 lata nocy pełnych nadziei. Ja miałam kryzys po 2 latach starań, wtedy mniej więcej założyłam bloga – z podobnych pobudek jak Ty. nie poddawaj się – po prostu się nie poddawaj 🙂

  20. Dziękuję dziewczyny za wszystkie gratulacje i życzenia.
    Przyszłam opowiedzieć, dlaczego to był jeden z gorszych dni w moim życiu i że niestety ta suka niepłodność tak łatwo nie odpuszcza.
    Po czwartkowym odejściu wód parę godzin było raczej spokojnie. Najpierw położyli mnie na sali porodowej, podpiętą do ktg. Oczywiście pobrali krew, wymazy. Nic niepokojącego się nie działo. Skurcze się nie pisały, ja też ich raczej nie czułam.
    Pani doktor zdjęła pessar. Skomentowała, że szyjka 2,5 cm, zamknięta, jest dobrze i trzymamy jak najdłużej, żeby sterydy na płuca zadziałały. Około pierwszej w nocy w piątek trafiłam na salę patologii.
    Noc minęła jako tako, nie spałam dużo, ale nic mnie specjalnie nie niepokoiło.
    Ranek też ok, dostałam antybiotyk, o 11:30 drugą dawkę sterydów, słoneczko grzało zza okna i przysnęłam. Około 13 obudził mnie nieprzyjemny skurcz. O 13:30 drugi i jakoś tak niespokojnie zaczęłam się czuć.
    Nie zjadłam właśnie przyniesionego obiadu, tylko poszłam na dyżurkę zgłosić skurcze.
    Za chwilę zostałam zbadana. Okazało się, że szyjka ma ok. 1,5 cm i jest miękka.
    Poszłam po poduszkę, swoje rzeczy i przeniosłam się na salę porodową.
    Tam o 14:00 podłączyli mnie do ktg, pod którym spędziłam najbliższe siedem godzin i podano leki powstrzymujące skurcze. Niestety, wszystkie najmocniejsze są wykluczone po odejściu wód. Dostałam dwie tabletki o 14:05, jedną o 14:35 i kolejną o 15:05. Następna miała być po 6 godzinach.
    Po tych pierwszych tabletkach skurcze zelżały i zrobiły się rzadsze. Między 14:30, a 16:30 były co godzinę.
    Niestety od 18:00 zaczęły się nasilać i pojawiać częściej. Do 19 z kawałkiem co ok. 10 minut.
    O 18:00 weszła nowa zmiana lekarzy. Jeden mnie zbadał i szyjka się zgładziła, rozwarcie na jeden palec. Poszłam jeszcze na usg, bo małej mocno przyspieszało tętno, ale wszystko z przepływami i w ogóle było ok.
    Lekarz stwierdził, że może jeszcze da się trochę wytrzymać, każda godzina ważna, a jakby co to zacznę rodzić. Zestresowało mnie to i zapytałam, czy jak akcja szybko ruszy, to zdążą salę do cięcia przygotować. A on na to, czemu ma być cięcie? Bo pierwsze było, bo ciąża po długich staraniach i IVF, bo implant w kręgosłupie. Dobra, wpisał, że zalecane CC, ale czekamy ile się da. Dał jeszcze jedną tę tabletkę powstrzymującą, wcześniej niż powinien. Nic nie pomogło.
    Po 19:30 już ledwo wytrzymywałam te skurcze. Już prawie płakałam, że już te parę godzin w porodzie nie zrobi różnicy, a ja nie dam już rady.
    Tym razem zbadała mnie taka młoda lekarka i stwierdziła, że bez zmian, rozwarcie na palec i czekamy. Że ja jestem jej pacjentką, ale dziecko też, i że ona zrobi wszystko dla naszego dobra, nawet jak teraz mi się wydaje, że robi mi na złość. I nie skieruje do cięcia, dopóki absolutnie nie będzie innego wyjścia.
    Dostałam pompę z magnezem. Na neuroprotekcję dziecka, ale i dla wyhamowania skurczy.
    Około 21 myślałam, że już wyjdę z siebie. Czułam, że to już poważne skurcze, te przy których poroniłam bliźniaki bolały mniej, a teraz przeżywam je zupełnie bez sensu.
    Rozryczałam się, że to niesprawiedliwe, inne sobie przychodzą i rodzą bez problemu, a ja tyle lat starań, bólu, strachu i nawet przed cesarką muszę cierpieć.
    Zbadała mnie znowu, rozwarcie na trzy palce, poród ruszył. I pyta, czy rodzę sn.
    Mówię, że nie, że wpisana cesarka i nie chcę. To tłumaczy mi, że to już skurcze parte, już szybko idzie, takie wcześniaki rodzą się dużo lżej, szybciej ze względu na wielkość i może nie warto teraz już iść na cięcie, lepiej spróbować naturalnie. Ale jestem po jednej cesarce, mogę wybrać rodzaj porodu.
    Jeszcze trochę rozchlipana powiedziałam, że nie. Absolutnie cesarka i koniec. Jestem tak wyczerpana, że nie chcę mieć tych skurczy ani chwili dłużej.
    Poszła do tego drugiego lekarza po kwalifikację i załatwiła salę na 21:30. To jeszcze pół godziny, czyli kilka paskudnych skurczy. Przy okazji zaczęłam się bać, że są tak silne, że wepchną dziecko do kanału rodnego i będzie problem z jej wydobyciem.
    Jarek wypełniał papiery i ankietę anestezjologiczną, a ja podpisywałam kiedy mogłam. Cały czas byłam przypięta do ktg i pompy z magnezem.
    Odpięli mnie w ostatniej chwili. Taka młoda anestezjolog pytała mnie po drodze na salę o uczulenia, typ znieczulenia itd. Powiedziałam, że muszę mieć ogólne ze względu na implant. Poszła do szefa, tego co miał mnie ciąć i zgodził się na ogólne. Głównej anestezjolog chyba się to nie podobało. Posadziła mnie na stole, pomacała i uznała, że ona to by mi się spróbowała wkłuć poniżej implantu, pod L5.
    Ja chciałam już tylko przestać czuć te skurcze i nie być męczona dłużej, bo może jej się uda znieczulić, a może nie.
    Uparłam się na ogólne.
    Cewnik założyli od razu, generalnie zrobili wszystko co się da przed uśpieniem, żeby narkoza jak najkrócej działała na dziecko.
    Tym razem usypianie nie było takie przyjemne jak zazwyczaj. Może inne leki dawali. Nie było takiego przyjemnego zawrotu głowy. Pani anestezjolog chyba postanowiła uprzykrzyć mi podjętą decyzję.
    Tej młodszej kazała tak przyciskać maseczkę z tlenem, że aż mi ją w twarz wbiło, a przed samym zaśnięciem prawie mnie udusiła. Powiedziała, że będzie nieprzyjemne uczucie, ale przesadziła. Tak przycisnęła mi tchawicę nad obojczykami, pewnie, żeby ułatwić intubację, że do tej pory mam obolałe.
    Pobudka też nie była miła i standardowa. Budzę się, widzę kafelki sali operacyjnej, brzuch boli, zimno, a wszyscy wokół mnie i się znęcają.
    Ta anestezjolog z pianą na ustach niemal, że to niemożliwe, wyrwałam wkłucie, a teraz nie da się innego znaleźć, nie mam żył, tak być nie może, pół godziny już stracili..
    Za chwilę zajrzał zdziwiony lekarz, że ja jeszcze na stole.
    Na żywca już próbowały mi się wbić dwa razy w szyję, w dłonie, nadgarstki, nogi oglądały, ale nie było co próbować. W końcu po 40 minutach prób jakiś cieniutki wenflonik dał się zainstalować. I wreszcie mogłam dostać coś przeciwbólowego.
    Na korytarzu czekał Jarek. Powiedział, że strasznie długo byłam na bloku, jest już północ, a zaczęli przecież o 21:30.
    Ariadna jest w dobrym stanie, oddycha na cpapie, nie potrzebuje respiratora, ale chyba jest jakiś problem z karmieniem, będą sprawdzać.
    Za chwilę przyszedł do mnie na salę, że raczej jest niedrożny przełyk, potrzebna będzie operacja, szukają miejsca w Instytucie Matki i Dziecka lub w centrum Zdrowia Dziecko. O 9 rano mają się dobijać, a wcześniej przyjdzie ktoś z neonatologii po zgody na transport i operację.
    Rzeczywiście po 6 rano przyszła Pani doktor z papierami.
    Mała ma wadę przełyku, nie można się dostać do żołądka, trzeba odsysać ślinę. Konieczna jest jak najszybsza operacja ratująca życie.
    Za trochę przyszła obejrzeć położnice ta młoda lekarka z porodowej, co mnie na sn chciała namówić. I mówi, oj, u Ciebie to była taka operacja, że dwa razy tyle czasu zajęła, łożysko było rzadko spotykane.
    No to stwierdziłam, że to CC to jednak był dobry pomysł. A ona, że to był mega fart, życie mi to uratowało. Bo łożysko miałam dwupłatowe, z przyczepem błoniastym i powrastane w wielu miejscach w ściany macicy. Przy porodzie naturalnym gwarantowany masywny krwotok i pilna operacja dla ratowania życia. Może bym się nie obudziła wcale, a najprawdopodobniej bez macicy.
    Dziecko też by mogło nie przeżyć.
    Znieczulenie ogólne też było jedyną słuszną decyzją. Godzinę mi usuwali to łożysko, było ciężko, nie wyobrażam sobie być tego świadomą.

    W sobotę o 14:00 Ariadna pojechała karetką na Kasprzaka. Operacja zaczęła się o 21:45, dobę po urodzeniu. Na szczęście zespolili ślepe końce przełyku, operacja okazała się standardowa.
    Teraz poleży przez parę dni w śpiączce, żeby czegoś nie naruszyć i zobaczymy co dalej.
    Pech nas nie opuścił. Urodziłam większego wcześniaka, już półtora kilo, oddychała, miało nie być tak źle. To trafiła się rzadka wada wrodzona. Jakbym nawet jakimś cudem tym razem urodziła w terminie, to OION, strach, rozłąka, inkubator i respirator też by nas nie ominęły.
    Ciężki mają początek te nasze dzieci.
    Nie tak łatwo znaleźć się po drugiej stronie tęczy.

    1. Boże Wężon, kochana… to za dużo na jedną matkę. Za dużo 🙁 Tak Tobie, Wam współczuję. Oby najgorsze było już za Wami! Myślę o Was codziennie. Jakbyś potrzebowała czegokolwiek, dawaj znać o każdej porze. Mam na Kasprzaka dwa kroki.

    2. Wężon! Jak dobrze że nie dałaś się lekarzom i zgodnie ze swoim przeczuciem dążyłas do cc w ogólnym znieczuleniu. Okropne przeżycia Ci zafundowała całą kadra lekarska 🙁

      Przesyłam ciepłe myśli dla Maleńkiej by szybko dochodziła do siebie po operacji i jak najszybciej była z Wami!

      Przytulam Cię mocno dzielna kobieto 🙂

    3. Wężon aż nie wiem co napisać bardzo dużo tego jak na jedna osobę. Twoja córeczka to silna dziewczynka, mam nadzieje ze już za niedługo będziecie razem. Po operacji zostaje na Kasprzaka, czy wraca do szpitala w którym się urodziła? Moja Mia urodziła się w 31 tc, waga 1600 ale potrzebowała przez 2 dni respiratora ( miała cały czas swoje oddechy), później była maseczka.

    4. Wężon jak na jedną osobę to limit nieszczęść i dziwnych zdarzeń już chyba wyczerpałaś do końca życia. Teraz trzeba być dobrej myśli i czekać na rozwój sytuacji! Przesyłam moc buziaków!

    5. Wężon,
      Gratuluję 🙂 Teraz będzie już tylko lepiej, dziewczynki to siłaczki 🙂
      Mój synek jest z 32 hbd, poród na cito i też się okazało, że w brzuchy był syf. SN niemożliwy właśnie ze względu na przyczep błoniasty pępowiny oraz naczynia przodujące. USG takich rzeczy nie wykryło, niestety 🙁 Wszystkich studentów z kliniki zagonili, żeby sobie zajrzeli do mojego brzucha, bo to rzadkość 😉
      Nasze dzieci mają trudniejszy start ale szybko nadganiają 🙂
      Powodzenia!

    6. Wężon, gratuluję Ci z całego serca. Jesteś bohaterką, walczyłaś jak lwica o to nowe życie. To, co przeszłaś w szpitalu to jakiś horror. Bardzo mnie Twój wpis poruszył, zresztą mam ciarki zawsze, gdy czytam o błoniastym… Ariadna to piękne imię, takie symboliczne. Życzę Wam obu dużo siły i spokoju. I tej tęczy nad głowami.

  21. Wezon, dzielna, silna matko,
    Dzięki Bogu że istnieje coś takiego jak instynkt macierzyński. Ja nie jestem lekarzem ale z tego co napisałaś to chyba dobrze ze Ariadna przyszła na świat wcześniej… Przyczep bloniasty już jednej wspaniałej mamie zabrał synka…
    Teraz będzie już tylko lepiej!

  22. Wężon, jestem z Wani myślami. Ariadna jest silna, dacie obie radę! To po prostu złe pięknego początki. Dziwi mnie tylko jedno, skoro Malutka miała kłopot z przelykiem to nie powinna polykac prawidłowo wód. Czyli powinnaś miec wielowodzie. A nie pamiętam, byś o nim pisala. Ukochuje najmocniej jak potrafię

  23. Wężon, gratulacje i dużo zdrowia dla Was!!! Tak mi przykro, że po raz kolejny Cię to spotkało. Dobrze, że byłaś twarda i nie zdecydowałaś się na sn, bo niewiadomo jak by to się skończyło…:( wierzę, że Malutka jest silna po mamie i da sobie radę, to mała Siłaczka, pamiętaj!

  24. Wezon, masz intuicje jak stad do Antarktydy. Trzymam bardzo kciuki żeby wszystko
    było dobrze. Kurcze nie wiem czy u Was tez tak jest ale jak czegoś naprawdę pragnę i pre o to do przodu to owszem dostaje o co walczyłam ale zawsze muszę zapłacić wielki okup..

  25. Iza, to musiały być ogromne emocje, takie jak 2 kreski na teście, albo jeszcze większe… Cudownie.
    Wężon, dobrze, że najgorsze za Wami, mam nadzieję, że z córeczką będzie już OK i szybko do Ciebie wróci. Trzymam za Was kciuki. Było między nami 9 tygodni różnicy, a faktycznie jest między naszymi córeczkami 2 tygodnie z kawałkiem, jak to wszystko jest nieprzewidywalne, chociaż Ty przewidziałaś kurcze wcześniejszy poród… Kciuki!

  26. Wężon, Ty jesteś heroską. Ty i Ariadna. Dużo, bardzo dużo zdrowia dla Was dziewczyny i dla całej Waszej rodzinki. Tak jak już któraś tu napisała- Ty chyba wyczerpałaś już limit kiepskich sytuacji do końca życia. Teraz już na pewno cała prosta przed Wami 🙂 W czwórkę! Pomimo, że takie komplikacje wystąpiły to jest cud, narodziła się Wasza długo wyczekiwana córeczka 🙂 Gratulacje!

  27. Wężon gratulacje, i dużo zdrówka dla małej. Teraz będzie już tylko lepiej, musi być, istnieje przecież jakiś limit nieszczęść i zmartwień – jestem pewna, że już go wyczerpałaś.
    Dawno nie zaglądałam, tyle tylko, żeby dostrzec, że Iza została pełnoetatową Mamą 🙂
    I u nas idzie ku lepszemu – mam nadzieję. Po 6 transferze jestem w 20 tc, dzieć rośnie ładnie, jest zdrów, ja też. Chuchamy i dmuchamy na siebie, żeby było jak najlepiej, I tylko sobie czasem myślę, ile lęków i niepokoju przeżywam przez to, co przeżyłam, co wszystkie przecież przeszłyśmy. Jak bardzo ta ciąża jest odarta z radości, podszyta lękiem. Jak bardzo jesteśmy świadome wszystkich możliwych zagrożeń, niepowodzeń, nieszczęść. Nie tak powinno się przeżywać te 9m-cy, ale i tak jestem wdzięczna losowi, że jest mi to dane 🙂

    1. Sweetie dokładnie to samo czuję.. Niepłodność to wredna małpa, która mimo, że ją pokonałyśmy to czai się tam za plecami gdzieś przypominając o sobie i sprawiając, że czasem się zastanawiamy czy to nie zbyt piękne żeby było prawdziwe.. Ale jest nas coraz więcej 🙂

      1. Skończyliśmy kursy, dostaliśmy kwalifikację i w zasadzie czekaliśmy na telefon z OA. Ale w międzyczasie postanowiliśmy ostatni raz….. bo szkoda zostawić dwa zarodki tak po prostu….zafundowaliśmy sobie crio w dniu 40 urodzin męża 😀
        Ze strachu, że znów coś nie zadziała, nie dzwoniłam jeszcze nawet powiedzieć w ośrodku, że wypadliśmy z kolejki. Taka ze mnie pietrucha.

  28. Wężon, miałaś naprawdę niezawodna intuicję. Najważniejsze, że Ariadna już zoperowana, a ty wyszłaś z tego cało i zdrowo, choć poród z dramatycznym przebiegiem… Podziękuj waszemu aniołowi stróżowi. A Miśka wyjdzie z tego szukać, dzieciaki szybko się regenerują i mają naprawdę wielką siłę życia. Odpoczywajcie dziewczyny!!!

  29. Wezon, dopiero doczytałam – jestem w szoku. I trzymam mocno kciuki za ciąg dalszy, już spokojny i radosny. Widać u Was tak jest, początek hardcore ale potem już będzie rodzinna sielanka ❤️

  30. O rany Wężon, lubisz podgrzewać atmosferę. Gratulację. Dalisćie radę i teraz z każdym dniem będzie lepiej. Ściskamy kciuki by Ariadna jak najszybciej była w domu. Melduj w wolnych chwilach co z Wami. Sweetie powodzenia.

  31. Witam, weszłam na ten blog szukając informacji o scratchingu endometrium i dotarłam do informacji o adopcji. Kilkanaście lat temu zaczęliśmy walkę o dziecko, były in vitro itd i nic. Dwanaście lat temu adoptowaliśmy chłopca i oszaleliśmy ze szczęścia. Nie mam wątpliwości, że tak miało być. Teraz nasz syn już dorasta i zrobiło nam się żal, że już nie będzie małego dziecka w domu (tylko naburmuszony i oddalający się nastolatek) i podeszliśmy do in vitro. Pierwsze podejście nie udało się, teraz przygotowuję się do drugiego. Mam 45 lat 🙂
    Iza, gratuluję decyzji o adopcji, to jest wielkie wyzwanie i wielka radość! Pozdrawiam, Zosia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *