Łi czyli opowieść o aniołach

– Coś ci opowiem – powiedział kilka wieczorów temu mąż, gdy wyszedł z sypialni synka. – To będzie trochę dziwne.

Oderwałam się na chwilę od niecierpiącego zwłoki robienia kanapek czy czegoś równie pilnego.

– Gdy go usypiam, śpiewam mu „Bieszczadzkie anioły”. I dziś, gdy mu śpiewałem, zapytałem go, gdzie są anioły. Nic mu nie pokazywałem, nic nie mówiłem, a on pokazał róg sufitu nad łóżkiem.

– Ooo – uprzejmie się zdziwiłam, a trochę się zdziwiłam naprawdę, bo mąż jest człowiekiem nauki, a nie wiary.

– Naprawdę. Mówi do nich „łi”.

– To bardzo ładna historia. Naprawdę ładna – powiedziałam i wróciłam do niecierpiącego zwłoki robienia czegoś.

Następnego dnia te anioły mi się przypomniały, pewnie któryś musnął skrzydłem.

– Olo, gdzie są anioły? – zapytałam synka podczas ceremonii przewijania, z palcem w linomagu i pieluchą w zębach .

– Łi! – pomachał ręką w róg sufitu nad łóżeczkiem.

Mimowolnie zrobiłam bliższe oględziny cudownego sufitu, ale oprócz małej pajęczyny niczego tam dostrzec nie potrafiłam. No to wygląda na to, że mamy w domu anioły, te unoszące się nad ludźmi, jak na obrazkach, najprawdziwsze z prawdziwych. Może i prawda, bo jakoś tak wszystko się składa, układa, a nawet jak spada, to miękko, na cztery łapy…

 

11 komentarzy

  1. Tak bardzo sie cieszę, że Wam się układa i składa. Że anioły działają. I to bieszczadzkie! Z nostalgią wspominam licealno-studenckie czasy, gdy bylam zagorzałą fanką SDMu 🙂 Uwielbienie do aniołów mi pozostało.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *