„Grasz do ostatniej monety”. Chwalę się i rozdaję prezenty :)

Kiedy zdałaś sobie sprawę: „biologicznego dziecka nie będę miała”?

Nigdy. Niestety taka pełna świadomość nie pojawia się nagle, a może nawet nie pojawia się nigdy. Robisz to in vitro, transfer za transferem, bo w końcu musi się udać, innym się przecież udaje.

Teraz wiem, że to jest jak hazard, grasz do ostatniej monety, a potem na kredyt, grasz póki nie wygrasz. Nie możesz przestać, cały czas dajesz sobie szansę. Gdybyśmy pewnego dnia doznali olśnienia, że nigdy nie będziemy biologicznego dziecka, wszystko byłoby łatwiejsze, a proces adopcyjny na pewno zaczęlibyśmy dużo wcześniej.

(…)

Jak patrzysz na to z perspektywy kilku lat, to co Ci dało pisanie bloga?

Blog to jedna z najlepszych rzeczy, jaką dała mi niepłodność. Na początku miał być dla mnie wyłącznie autoterapią, ale nagle stał się miejscem spotkań świetnych ludzi, których może dużo dzieli, ale łączy wspólnota doświadczeń. Dzięki blogowi zrozumiałam, że nie jestem sama na świecie ze swoim cierpieniem i problemami. Potem dołączały kolejne kobiety, które dotąd także nie miały gdzie podzielić się swoją historią.

Kiedy tego najbardziej potrzebowałam, dostałam olbrzymie wsparcie od kobiet podobnych do mnie. Możliwe, że blog uchronił mnie przed depresją, a na pewno pomógł mi podnieść się z kolan, otrzepać z kurzu, wypiąć pierś do przodu i iść dalej. Co więcej, ta rzesza kobiet w ten sam sposób wspierała się nawzajem. Setki osób pocieszało tutaj setki innych osób, kibicowało, troszczyło się, trzymało kciuki za starania.

Już dawno przestałam cierpieć z powodu niepłodności, ale blog, mój nałóg, był jak regularne spotkania z gronem bliskich znajomych. Wiesz, co zrobiły dziewczyny z bloga? Jeszcze zanim zadzwonił ten telefon z ośrodka adopcyjnego, skrzyknęły się w sekrecie przede mną, zorganizowały wyprawkę i prezenty dla dziecka, jakich sama nigdy bym nie wymyśliła. Dostałam od nich rzeczy dla dziecka, jeszcze zanim ono się pojawiło. Popłakałam się wtedy, stałam nad kartonem z książeczkami, zabawkami, ubrankami i płakałam ze wzruszenia. Podobnie zachowały się, kiedy pojawił się w domu syn.

Dziewczyny z bloga są bardzo obecne w moim życiu każdego dnia, chociaż większości z nich nigdy nie spotkałam. Nigdy wystarczająco nie zdołałam im za to podziękować.

To tylko krótki fragment całkiem długiej rozmowy, jaką odbyła ze mną naczelna magazynu „Chcemy Być Rodzicami”, Jolanta Drzewakowska.

Więcej do przeczytania tutaj 🙂

A teraz, uwaga, ogłaszam małe rozdawnictwo. Mam dla Was od wydawnictwa dziewięć dostępów do elektronicznej prenumeraty „Chcemy Być Rodzicami”. Od numeru lutowego na rok. Kto pierwszy, ten lepszy 🙂 Pierwszych dziewięć osób, które napiszą w komentarzu, że chciałyby taką prenumeratę, dostanie ode mnie maila z kodem.

157 komentarzy

  1. Bardzo fajnie napisane. Izuś ściskam Cię z całego serducha. Fajnie być pierwszą ale mój kod chce oddać dla kogoś innego 🙂 jakbyś się nie obraziła to może dla naszej Olgi? Ona zawsze była dla mnie wielkim wsparciem.

      1. Anitt, Nataly, no weźta bo się posmarkam
        Dzięki za pamięć Anitt!!
        Mam taką refleksję, nie wiem, czy się zgodzicie, ale te „niepłodnościowe” znajomości są autentyczniejsze, często głębsze, niż inne w babskim świecie…
        Trzymam kciuki za każdy z naszych nowych etapów…
        Zośka w brzuchu. Prawdziwy rok kobiet dla mnie.

        1. Bo to prawdziwe zjednoczenie w problemie, który dotyka do żywego.
          A Olga zawsze gotowa wycierać niepłodnościowe gile. Ja mam dziś zjazd nastroju. Tak sobie myślę dlaczego nikt nie ruszył dupy, żeby mi zwiększyć dawkę leku jak na pierwszym USG było widać, że pęcherzyki kiepsko rosną?

  2. Super ! Gratuluję wywiadu!

    Czy mogę tutaj urządzić małą prywatę?
    A propos Chcemy być rodzicami mam 9 numerów do sprzedania 😉 pierwsze numery!
    Od 1-7 i 11 14 może ktoś chętny?

    Mam też książki o niepłodności
    1. Agnieszka Walczak Chojecka.Gdy zakwitną poziomki.
    2. Jak tu począć. Książka dla tych, ktorzy pragną mieć dziecko
    3. Karolina Domagalska. Nie przeproszę, że urodziłam
    4. Bogda Pawelec. Opowieści terapeutyczne o niepłodności
    5. Bogda Pawelec. In vitro
    6. Bogda Pawelec. Wojciech Pabian. Niepłodność
    7.Stephen Brier. Pokonaj depresję, stres i lęk

    Książki te pomogły mi zrozumieć moje emocje, lepiej poznać samą siebie oswoić się z problemem. Nie powinny leżeć na półce. Najchętniej wszystkie razem jednej osobie w korzystnej cenie 😉
    Mam nadzieję że Iza nie będzie miała mi za złe że używam jej bloga do tego ale nie chcę sprzedawać ich oficjalnie pod swoim nazwiskiem. Nie chodzi o mnie, tylko o moje dzieci. Nie chcę żeby ktokolwiek wytykał je palcami bo są z in vitro. Mieszkam teraz w małej społeczności, może być różnie.

  3. Pisać, nie pisać… zastanawiałam się dłuższą chwilę. Miałam pisać za jakiś czas… Radosną nowinę. Ale nie napiszę. Nie ma już nowiny. Radosnej. Nagle adaptacja w żłobku nie wydaje mi się już taka traumatyczna. A może to złudne nadzieje. Może całkiem rozłoży mnie na łopatki i sprawi, że rozsypię się na milion kawałków. Dziwnie mi, że tak się tu rozklejam. Nie wiem czy jeszcze wypada…

      1. Dziękuję dziewczyny!

        Zawsze trochę lżej, gdy człowiek nie jest w tym taki całkiem sam. Na razie nic się nie dzieje. Popłakuję to tu to tam, ale głównie się trzymam. W jakimś zawieszeniu. Dziwne to jest bardzo! Ja już wiem, ciało niby też, bo zaczęło się zmieniać, a jednocześnie, zachowuje się zaskakująco normalnie. Jakby nie chciało odpuścić. Jakby jeszcze próbowało chronić to maleńkie serce, choć przecież już nie bije. Zmysły, myśli mam przytępione, chyba po to, żeby nie oszaleć.

        Kas, potrzebowałam tego bluzga;) Jest mi tak okropnie smutno, a wolałabym się złościć i kląć na czym świat stoi. Ale nie mam siły. Dobrze, że ktoś za mnie to zrobił. Dzięki:*

        P.S. Uśmiecham się codziennie. Nadal. Czekam i uśmiecham się, bo nie sposób zachować smutną minę przy Groszuli przez dłuższy czas.

  4. Witaj Iza (witam się jak z koleżanką, bo dla mnie, Twojej niemej dotąd czytelniczki, jesteś koleżanką – mimo, że do tej pory nie widziałaś o moim istnieniu 😉

    „Czytam Cię”, odkąd problem niepłodności zaczął zaglądać mi w oczy. Będzie jakieś dwa lata. Dziś jestem po pierwszym nieudanym transferze. Boli jak cholera. Najgorsze, że nie mamy się już czego złapać, a immunologia, która nam została, napawa mnie ogromnym strachem i zastanowieniem, czy aby na pewno pragnę dziecka aż tak żeby zdecydować się na rozwalanie czegoś, co działa dobrze.

    Kiedy wczoraj zobaczyłam, że jesteś w CHBR, bez chwili namysłu kliknęłam kup teraz, a dziś już połknęłam tę rozmowę z Tobą.

    Dzięki, dzięki, że jesteś!

    1. Dzień dobry Basia.
      Przykro mi z powodu transferu. Naprawdę po pierwszym nieudanym transferze musicie zabierać się za immunologię? Nie warto zrobić jeszcze jakiejś próby?
      To ja dziękuję, ze wyszłaś z cienia 🙂

      1. Dobry wieczór (jak mawia klasyk „ciemno, prawie noc” 😉 )
        Zdecydowaliśmy, że podejdziemy do jeszcze jednego transferu zanim rozgrzebiemy coś w dalszej kolejności. Zarodki mamy, więc lekarz sugeruje, że problem może tkwić właśnie w reakcji organizmu na ciało obce, tym bardziej, że nigdy nie byłam w ciąży, IUI również bez drgnięcia bety.
        Coraz częściej dopada mnie myśl, że biologiczne macierzyństwo może nie być mi pisane. Adopcja natomiast (która wielu nie mieści się w głowie), zawsze była mi jakaś bliska, możliwa, przeznaczona? Co los da, będę brać.
        Ogromnie się cieszę, że zostałam ciepło przyjęta! 😉
        Pozostając w kontakcie, pozdrawiam Cię serdecznie 😉

  5. Dziewczyny, to ja tak trochę może na przywołanie pozytywnych myśli…. Jestem przykładem, że póki człowiek walczy to w końcu osiąga cel. Doskonale wiem, czym ta walka jest okupiona, sama bowiem walczylam 6 lat (w tym czasie utracone 5 ciaz). Ale póki miałam siłę i nie ukrywajmy starczalo grosza, to brnelam… Nie raz była zalamka, utrata nadziei, ale walczylam póki miałam siłę. Prawda jest taka, że wiary już praktycznie nie miałam, mimo to walczylam, żeby kiedyś nie mieć do siebie pretensji, że się poddalam,a może i z innych nieokreślonych pobudek…. We wrześniu jak pisałam Wam podalismy ostatniego mrozaczka i on był naszym cudem. Dziś jestem w 7 Mc przykładnej ciąży. Oczywiście po moich przejściach panikuje non stop, ale wiem dla kogo ta walka. A każdy ruch mego dzieciatka jest potwierdzeniem, że ta walka miała sens. Życzę tego i Wam i wierzę, że każda z Was osiągnie swój cel.

  6. Jestem wredną babą. To jest potwierdzone naukowo, przez mojego wszechwiedzącego męża ;(
    Zawsze kiedy przegrywałam walkę z niepłodnością tu na blogu mogłam się wyryczeć, znaleźć ukojenie. Myślałam że jak już wygram tę walkę to nic już mnie nie ruszy. A jednak….
    Walka trwała 5 lat, 5 długich samotnych lat. Walczyłam sama bo problem leżał po mojej stronie, walczyłam sama bo tak było taniej (podróże do kliniki oddalonej o 200km kosztują) walczyłam sama bo nie chciałam żeby ktokolwiek wiedział a jak sama jeździłam do kliniki to łatwiej można było to ukryć, a przez końcowe 2 lata mieszkałam sama bo mąż miał problemy z pracą i wrócił w nasze rodzinne strony. A teraz mam o tym zapomnieć? Żyć jakby nic się nie stało? Zrzucić tę pancerna skorupę którą nosiłam żeby przetrwać? Tylko jak? Tak to nie działa człowiek wiele przetrzyma wiele zniesie jeśli trzeba ALE nigdy nie będzie już taki sam.
    Podejmując walkę nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy. Po prostu brnęłam. Zostałam odarta ze wszystkiego, ciągłe wizyty badania, punkcje, transfery. Ingerencja w najbardziej intymne sprawy. Zgodziłam się na to wszystko, wiem, ale jak mam być teraz delikatną nieporadną kobietą, której żąda mój mąż?
    Prawdę mówią Ci którzy twierdzą że prawdziwych przyjaciół wcale nie poznaje się w biedzie, prawdziwych przyjaciół poznajemy po tym jak radzą sobie z naszym sukcesem. Mój mąż sobie nie poradził. Potrafi doprowadzić mnie do takiego stanu ducha że żałuję że mam z nim dzieci. Jakkolwiek by to źle nie zabrzmiało w tym właśnie miejscu coraz częściej tak właśnie myślę, przez niego.
    Łapie się często na tym że te problemy z brakiem dziecka miały mi dać do myślenia czy to właśnie z tą osobą powinnam być.

    No to wyrzuciłam to z siebie. Jest mi ciut lżej ale jutro znów wstanie nowy dzień a mój wspaniały mąż na pewno postara się aby mi go skutecznie zepsuć.

    Czy jeszcze któraś z Was tak ma?
    Wiem że Ty Iza masz lepiej, bardzo się z tego cieszę, dzieci nie powinny żyć w takiej rodzinie jak moja, być świadkiem wiecznego szarpania się rodziców. Robię co mogę ale szlag jasny mnie non stop trafia ;(

    Jeśli walczysz sama ok, jeśli naprawdę Ci to pasuje, ja myślałam że dam radę i dałam, fizycznie, gorzej psychicznie jak się okazuje. Najlepiej przeżyć to razem bo potem druga strona nie ma pojęcia ile to tak naprawdę
    kosztuje jeśli tego nie zobaczy na własne oczy.

    1. Kamila, niepłodność ryje w małżeństwie… Oj ryje. Wiele z nas to potwierdzi. Tylko teraz pytanie, czy uda się na nowo budować rodzinę dalej z tym facetem, czy on poprostu był taki od początku, czy ten kryzys go tak zmienił… Ściskam cię. To niełatwe. Sama przeszłam i przechodzę różne fazy i kryzysy w związku. Może warto pogadać z psychoterapeutą? PS. Nie daj w sobie zniszczyć tego, co dla ciebie ważne.

    2. Kamila, od wczoraj zastanawiam się, co Ci powiedzieć. Że często z dzieckiem przychodzi kryzys małżeński? Że kiedy kończy się walka o dziecko, czasem okazuje się , że tylko to łączyło parę? Że to zdarza się też zdrowym, płodnym parom? Teraz akurat mało Cię to obchodzi, bo jesteś w samym środku swojej samotności… Walczyć o niego? A czujesz, że warto?
      Wyczerpuje Cię ten konflikt, dzieci pewnie też wyczerpuje… Jesteście w stanie jeszcze normalnie rozmawiać? Nie masz nic do stracenia chyba, rozmawiałaś z nim szczerze?
      Jest mi bardzo przykro razem z Tobą…

    1. W związku z radosną historią Wieczorynki mam pytanie do obecnych, czytających, podglądających – czy w Wwie jest jakiś normalny lekarz, który stosuje w leczeniu Encorton?

      Może któraś z Was ma jakieś doświadczenia.

      Ps. Mała Aniu, gratki <3
      Uczuciowa – przytulam :*

      Kamila, życzę siły i dobrych decyzji. Życie mamy jedno. A tak cięzko czasami z czegoś zrezygnować. I trwamy.. A czas leci 🙁 Buziak dla Ciebie :*

        1. Dziękuję dziewczyny.
          Ja przed iui byłam u pani dr Z. Ona nic nie zalecała. Nawet luteiny.
          Tak samo dr TR w invimed.
          Bo iui to jak zwykły stosunek….

          Ostatnio Starynkiewicza – nadzieja na głębszą diagnostykę…. Że może coś w kierunku immuno -nic.
          A jak zapytałam dr o encorton to mnie wyśmiał :/
          Bo nie ma dowodów, że to działa.
          Pani idzie na ivf.
          Pani by poszła, jakby miała $$.

          Jeszcze raz dzięki, będę próbować u Dr, jeśli nie wyjdą mi inne sprawy 🙂

  7. Moj mąż to przypadek beznadziejny. Znamy się ponad 15lat a odkąd są dzieci czuję że w ogóle go nie znam. Potrafi mnie tak negatywnie zaskoczyć swoim zachowaniem że to jest po prostu żenujące. On bardzo dobrze wie że dzieci są dla mnie najważniejsze i stanę na rzęsach żeby były szczęśliwe i miały pełną rodzinę. Skrzętnie to wykorzystuje.
    Niestety to typ człowieka który wszystko wie najlepiej. Rozmowa nic nie daje. Zawsze jest tak samo. Ma stworzony swój własny świat, tak go sobie „wytłumaczył” i tak musi być jak on mówi. Wszyscy są najgorsi, on jest najlepszy. On jest najbardziej zmęczony, zapracowany, chory itd. Szkoda słów.
    Codziennie daje mi odczuć jak to BOLI gdy moje marzenie się spełniło.

    1. Jeśli znasz wystarczająco dobrze angielski polecam książkę the dance of anger, Harriet Lerner. Dużo się z niej uczę o relacjach, o komunikacji i o tym gdzie szukać sedna problemu. Poza tym terapia.
      A w ostateczności… pamiętaj, że dzieci nie są szczęśliwsze w nieszczęśliwych rodzinach. Jako rodzice mamy wiele różnych rzeczy do przekazania naszym maluchom. M.in. że nie można dawać sobą pomiatać, że w rodzinie ludzie powinni się wspierać, pokazać czym jest szczęśliwy związek. Rozwód głęboko wpływa na dzieci, ale brak dobrych wzorców również. Znacie się długo, znasz jego historię, jego rodzinę. Może on też na coś cierpi, na depresję, borderline, narcyzm,aspargera… Na wiele z tych rzeczy są lekarstwa, terapie też potrafią pomóc.
      Nie jestem żadnym specjalistą, problem znam raczej z pierwszej ręki. Nie sugeruję też, że masz iść do męża i zacząć rozmowę od wysłania go do psychiatry. Chcę po prostu pokazać, że wasz problem może mieć wiele podstaw.
      Z całą mocą polecam tę książkę. Pomaga przełamać powtarzające się schematy kłótni i wyznaczać granice.
      Reszta zależy od ciebie i od niego, oczywiście.

  8. Dziewczyny kochane, help! Bralyscie może sildenafil dopochwowo na poprawę endometrium? Nie w globulkach tylko tabletki poprostu? Czy jest nadzieja że pomoże już po 3 dniach? Nigdy nie miałam kłopotu z endo a teraz coś jest nie tak. Utknęło tydzień temu i już nic nie rośnie… Czy jest w ogóle szansa że to tak ekspresowo działa czy już w sumie nie ma co się łudzić?

    1. Brałam sildenafil 4*100. Jednak brałam go od 4 do 12 dc. U mnie podzialalo, ale akurat w tym cyklu brałam też tevagrastim, więc ciężko stwierdzić co pomogło bardziej. Ja jednak sądzę, że sildenafil, gdyż tevagrastim brałam już kilkakrotnie….

  9. Olga jak się czujecie? Jak przygotowania do szczęśliwego końca? Kiedy rodzisz?

    Uczuciowa, o żesz …. Strasznie smuto. Przytulam mocno.

    Kamila, z zawodowego punktu widzenia powiem tyle, separacja by sprawdzić czy do męża dotrze co może stracić, a Ty i dzieci odpoczniecie i też nabierzecie dystansu.

    Iza , fajny wywiad, gratulacje.

      1. Olga 82, super, że idziecie do przodu 😉 U nas chwilowo jeszcze nic nie ruszyło zapalenie płuc młodej i moje uziemiło nas w domu na prawie 2 miesiące. Liczę że z początkiem kwietnia ustalimy co i jak robimy z kliniką i ruszymy do boju.

  10. Hej… Niestety pierwszy dzień wiosny w tym roku nie jest u mnie optymistyczny. Moje małe słoneczko zgasło, 3 dni po poprzedniej wizycie serduszko zatrzymało się 🙁 czekam teraz na poronienie samoistne, lekarz daje nam na to czas do 8 kwietnia, jeśli nie to skierowanie do szpitala na łyżeczkowanie.

    Dziękuję za kciuki

    1. Iza jedno muszę przyznać – starania o dziecko to jest hazard… Zanim jeszcze wykiełkowała u nas myśl, że będziemy się starać to powiedzieliśmy sobie, że próbujemy raz i jak coś się nie powiedzie, to nigdy więcej. A teraz chcemy „zagrać” jeszcze raz…

      I proszę, niech chociaż koniec będzie optymistyczny i obejdzie się bez szpitala…

      W ogóle to czuję się jak cyborg – popłakałam w czwartek, „otrzepałam” się i tyle. Owszem, jest mi smutno, ale nie czuję potrzeby rozpaczy – czyżbym się uodporniła? Czy tak się w ogóle da? A może to mój synuś daje mi tyle siły…?

      1. Nie mam pojęcia, ale kurs raczej jest ostatnią prostą, chyba, że nie dadzą nam kwalifikacji… W naszym OA wszystko jest możliwe.
        Już prawie brałam zarodek, ale okazało się, że część badań nieważna. No i tak przepadł miesiąc, później urlop i przepadł drugi…
        Zabieram się za to jak do jeża. W dodatku moja pani dr zrezygnowała z prowadzenia pacjentów (nie mam pojęcia o co chodzi, skoro była taka polecana).

  11. Nie dziękuję kochana, to dopiero pierwszy kroczek na dalekiej drodze. Ale skoro mam taki fart u Ciebie to chyba zagram w totka, może szóstkę też trafię Buziaki dla Waszej cudownej Trójki ♡ może mam mniej czasu żeby pisać ale czytam na bieżąco :*

    1. Dziękuję za pamięć. Jestem, nadal w domu, nadal w martwej ciąży. W poniedziałek wizyta u lekarza i skierowanie do szpitala. Dziecko nie żyje od ok. 4 tygodni, więc już czas, żeby to rozwiązać.

      Psychicznie nieco zdemolowana, ale przy synu nie mogę sobie pozwolić na słabość. Pewnie w szpitalu się trochę rozkleję. Mam kilka książek do przeczytania, to nie będę się nudzić.

      1. R. Jesteś dzielną kobietą. Cisną mi się do głowy niechciane wspomnienia z takiego czasu w życiu i naprawdę, naprawdę, podziwiam Cię. Jesteś nie do zdarcia. Trzymaj się, przytulam Cię mocno…

      2. Iza powiem Ci, że nie wiem skąd to w sobie mam. Zaplanowałam sobie wszystko inaczej, ale nie wyszło, więc ułożyłam sobie teraz nowy plan i go realizuję. Po wyjściu ze szpitala zaczynam 8tygodniowy urlop macierzyński, będę robić się badanie genetyczne, żeby określić płeć, a później albo kolejna ciąża albo l4 albo wrócę do pracy. Ale tego sama nie wiem jeszcze, wszystko zależy od tego jak się będę czuła 🙂

        Ironio, właśnie sobie uświadomiłam, że maleństwo urodzi się w kwietniu jak jego mama i tata… Mamy jedno z lutego, jedno z listopada, synek z grudnia i teraz będzie kwiecień…

        2 tygodnie temu rozmawiałam z szefową i powiedziałam jej, że „chcę zamknąć etap ciąż, starań itp., bo nawet statystyka jest przeciwko mnie – mam 1 dziecko a powinnam 5” – szefowa powiedziała, że nigdy nie pomyślała o tym w taki sposób i autentycznie ją to „zatkało”…

      1. R, kochana też wirtualnie trzymam Cię za rękę… I Uczuciowa… jesteście mega dzielne. Mysle o Was często :* Przytulam z całych sił! Takie mam obawy tym razem czy mój limit szczęścia się nie wyczerpie, czy statystyka mnie nie pokona. Bete z Małym miałam w tym samym dniu ponad 1000 a teraz tylko 150. Strasznie sie boję czemu tak mało. Wtedy byłam na l4, teraz pracuje z tylu głowy mając myśl czy słusznie dla tego Okruszka stoję na nogach cały dzień. Tylko czy tu można mieć wpływ na cokolwiek? W końcu i tak co ma być to będzie. Dziewczyny :*

        1. Przy Groszku pierwszą betę miałam powyżej 600. W tej ciąży była blisko 3000, czyli teoretycznie silniejsza.

          To nie ma znaczenia. Nie takie bety przynosiły rodzicom śliczne, rumiane bobasy.

          Przykro mi, że tyle w Tobie strachu. Że nie możesz tak zwyczajnie, beztrosko cieszyć się bez obaw.
          Przykre ile nam ta kręta droga spontanicznej radości zabiera.

          Kciuki trzymam cały czas. Pamiętaj, ani praca, ani smutki nie mają wpływu na szczęśliwy finał. To po prostu życie. A nasze ciała zostały tak skonstruowane, żeby udźwignąć dużo większe obciążenia. Także głowa do góry, głęboko oddychaj. Ja tu będę dobrej myśli:) Oczekiwać dalszych dobrych wieści:)

    1. A bardzo niski progesteron Aniu tzn ile? Mój też regularnie spada co kilka dni o 5 czy nawet 8 i nie wiem gdzie jest dolna granica. Ciut poniżej 20 chyba jeszcze przejdzie? Dziś też ze wszystkim liczyłam na więcej a beta 16 dpt 593. No nic, obyś Sza miała rację że liczy się przyrost. Może każda ciąża jest inna.
      R jak się czujesz? Już w domu z mężem i synkiem? Ściskam Cię:*

      1. Teraz robię badanie płci i do 5 czerwca mam macierzyński. W tym czasie robię też badania w kierunku trombofilii wrodzonej i mutacji MTHFR (chociaż od badania jej się już odchodzi z tego co czytałam), badania w kierunku insulinooporności i badanie wit. D. Mamy zalecone 3 cykle przerwy, ale zobaczę, może po kontroli i wynikach badań gin pozwoli szybciej… Po macierzyńskim idę na zwolnienie od psychiatry – nie chcę wracać do pracy.

    1. Przyrost 44%, poniżej normy. Wcześniej bez szału ale sie lapał… do dr od transferu mogę tylko pojechać a to pół dnia jazdy. Mój dr miejscowy mówi że spokojnie, że to nic nie przekreśla. A ja…Tak się bałam cieszyć…dzis juz tylko scieram lzy tak się boję o tego kruchego Okruszka ♡ ;(

  12. Mała Aniu, dużo poniżej normy byłaś z tym przyrostem? Nie miałam robić tej bety bo miałam po tygodniu zrobic wg dr… I wynik lapie się wtedy w dolnej granicy. A że zrobiłam to tak patrzę. Chodzę i szukam nadziei…

    1. Kochana nie pamiętam teraz dokładnie, ale też byłam załamana, w końcu przestałam sprawdzać i poszłam kilka razy (trzy) w małych odstępach czasu na usg. Żaden lekarz wtedy nie komentował bety tylko sprawdzali pęcherzyk, jego kształt itp. Dawali nadzieje. Trzymam kciuki cały czas i czekam na wieści!

  13. Dziś moje serce peklo… Rutynowa beta 3115, pierwsze plamienie w pracy…wybieglam do domu bez słów ;( umowilam dr na pierwsze usg. Pożegnać mojego Okruszka… ♡ i poznać za jednym spotkaniem ;( brak slow

    1. Przytulam Cię bardzo mocno :*

      Ja dzisiaj zarejestrowałam naszą Zosię w USC – to były dziewczynki, ale zarejestrowałam tylko jedną, ze względu na to, że w szpitalu widzieli już tylko jeden zarodek, nie chciałam robić problemów. Dzisiaj 13 dzień po zabiegu, czekam na okres, żeby pójść dalej. Wyniki 8 maja.

  14. Ana, tak mi przykro…. Trzymaj się kochana. Myslalam o was w święta. Byłaś pełna obaw, miałaś zle przeczucia… Ahhh wielka szkoda, że tak się stało. Pamiętaj masz Kubusia, masz mrozaki. Wyjdziesz z tego silniejsza.

  15. Ana znam ten ból, u mnie na usg nie było widać bicia serduszka… Przytulam. Wszystko jednak się odmieniło i już 4 miesiące później mój drugi mrozaczek przetrwał, a dziś śpi w łóżeczku. Przetrwasz, a wszystko jeszcze będzie piękne

  16. Kurde dziewczyny jakoś się tak dziwnie czułam ostatnio. Miałam dzis rano usg piersi i myślę sobie że po drodze kupię test i zrobię przed badaniem. A tam 2 grube kreski…pobiegłem na betę a tam 6638. Jeszcze w to nie wierzę. Wiem, że różnie jeszcze może być i boję się cieszyć ale to cud.

  17. Laboratorium mnie zaskoczyło. Wynik miałam 30 kwietnia – mutacja obydwu genów MTHFR heterozygota… Gdyby tylko ktoś wcześniej mi to zlecił… Może dziewczynki szalałyby teraz w brzuchu :(:( a oprócz tego przyplątało się trochę innych rzeczy – przekroczony cholesterol całkowity i LDL, trochę za wysokie trójglicerydy, hipoglikemia reaktywna i chyba bałagan w tarczycy. 24 maja mam wizytę u endokrynologa-diabetologa i zobaczymy co powie, na razie jestem po wizycie u dietetyka i czekam na rozpiskę z dietą. Dużo tego :(:(

    1. R sprawdź jeszcze może mutacje PAI. Dobrze, że coś się ruszyło w diagnostyce. Ja mam chora tarczyce, niedoczynnosc, hashimoto, hipoglikemie reaktywna, mutacje mthfr homozygotyczna, pai co najmniej hetero (nie badalam soobie,ale moja córka ma homo więc ja mam co najmniej hetero), a udało się ivf z Iga plus naturalna ciąża z zaskoczenia. Także głowa do góry, jeszcze bedzie dobrze. Ja byłam mocno obstawiona suplami, lekami, stosowałam dietę. Trzymam kciuki za Ciebie, dobrze że wiesz więcej teraz. Buziaki

    2. PAI nie ma, ale wiem, że MTHFR może też nieźle namieszać… Od momentu odebrania wyników z badań krwi poczytałam na grupach związanych z insulinoopornością i staram się stosować do zaleceń, ale nie za każdym razem wychodzi. Ale to już nie jest kwestia nieestetycznej oponki na brzuchu tylko zdrowia, więc jak tylko dostanę rozpiskę z dietą to biorę się mocno do pracy nad sobą i czekam niecierpliwie na kolejną ciążę tym razem zakończoną szczęśliwie 🙂

    1. Insulinooporności nie mam na szczęście, chociaż zobaczymy co na to powie lekarz. Na razie odkąd stosuję się do zasad i jem z niskim IG, regularnie co 3 godziny to nie mam zjazdów i cały dzień jestem w formie. Ostatnie dni tylko szybciej czuję się śpiąca wieczorem, ale to pewnie wpływ pogody. No i jestem tuż przed okresem, zaczęłam już plamić, więc organizm doszedł do siebie błyskawicznie – dziś mam 30 dzień po zabiegu.

    1. Najlepiej zrobić krzywą glukozy i insuliny, ale na początek wystarczy też sama glukoza i insulina na czczo – mając obydwa oznaczenia wylicza się wskaźnik HOMA-IR i to podstawa w diagnostyce IO. W Alab-laboratorium pakiet glukozy, insuliny i wyliczenie HOMA kosztuje coś ok. 50zł. Za samą krzywą insuliny zapłaciłam w Diagnostyce 157zł…
      U mnie IO nie wyszła, ale po krzywej okazało się, że mam hipoglikemię reaktywną, po 2h od wypicia glukozy miałam cukier 59…

  18. Dziewczyny, przepraszam za wątek…Ale pomoglyscie tyle razy, podpowiedzcie coś…Liczyłam do dziś na naturalne poronienie. Miałam mega krwawienie z piątku na sobotę. Po calonocnym bolu brzucha nad ranem przez 2 godz skrwawilam się tak że pół łóżka było zalane. Przez ręczniki, podpaski, wkłady itp…potem skrzepy pół dnia i zmiana co godzinę bo wszystko przeciekalo. Byłam pewna że to już, że przecież widziałam. A dziś na usg pęcherzyk siedzi jak był, i endometrium wkoło podobnie. Krwawienie już słabe. Dr chce lyzeczkowac, ja się uparlam że nie. Chce oszczędzić endo bo już teraz rosło na sildenafilu. Uparlam się czekać do piątku za tydzień choć dr średnio to widzi. I teraz z tych nerwów zgodzilam się na ten piątek. A teraz siedzę i wyje że odbiorę sobie całkiem szansę na późniejszą ciążę…chyba siła będzie mnie musiał tam zaciągnąć. Czy jest opcja że czekając coś jeszcze może ruszyć? Ile bezpiecznie można tak czekać? Najgorsze że to krwawienie już jest takie że wątpię aby mogło się znowu rozbujac. Nawet poronic nie potrafię, dziś posypałam się w pyl. Przepraszam kochane za wątek ale już nie mam gdzie pytać o radę. Do kliniki mam daleko, telefonicznie nie pomogą. Dzis czuje jakbym przegrała na całej linii.

    1. A moze siegnac po farmakologie? Mialam ciaze obumarla dwa razy i za kazdym razem ginekolog sam odradzal lyzeczkowanie. Przepisal mi Misoprostol (nie jestem pewna czy w Polsce zwie sie tak samo, ale w kazdym razie to srodek wczesnoporonny) na wywolanie skurczy. Za pierwszym razem pomoglo. Za drugim zdazylam poronic sama zanim wzielam tabletki.

      1. Myślałam o tym. Tylko czy kiedy już raz ruszyło samo jest on w stanie jeszcze zadziałać? Nie jest za późno? Po kolejnej nieprzespanej nocy stwierdzam ze chyba jednak musze jechac do kliniki zanim zaliczę ten szpital.. ;(

        1. Ana, zapytalabym o to lekarza. Wiem jednak, ze za drugim razem, kiedy sama zaczelam ronic, zadzwonilam do doktora spytac czy jest sens brac jeszcze tabletki i powiedzial mi, ze tak. Mialy wzmocnic skurcze i zapewnic, ze wszystko sie dobrze oczysci. W tym przypadku jednak zanim je wzielam bylo po wszystkim. Za pierwszym razem jednak zadzialaly bez zarzutu.
          Co do ryzyka infekcji, to ja w obu przypadkach chodzilam w martwej ciazy przez jakies 4 tygodnie. Nic sie nie dzialo. Tutaj jednak zawsze jest jakies ryzyko, wiec tez lepiej moze zrobic badania krwi?

    2. Ana… Moja kochana… Tak mi przykro, że cierpienia nie ma końca… Ja też upieralabym się na wsparcie farmakologiczne, środki powodujące skurcze. U mnie zadziałało, a krwawienie miałam niewielkie. Masz swoje argumenty, może lekarz je uszanuje.
      Trzymaj się dziewczyno!

      1. Mój dr wie, rozumie calym sercem ale tego nie praktykowal. Sam już boi się lyzeczkowac jak widzi mój upór ale na równi boi się infekcji. Pewnie dr z kliniki bardziej w tym siedzi. Absurd tej całej sytuacji, że to się dzieje naprawdę…łez wczoraj zabrakło. Trzymam się na psycho bo głowa już nie ogarnia

        1. Ana, strasznie mi przykro… Nie pamiętam, ale były tu kiedyś takie sytuacje, że się przedłużało… Może gorące kąpiele, albo coś na orzeczyszczenie, żeby ruszyć te jelita? Tak na chłopski rozum, skoro tego zakazują w ciąży… Nie zaszkodzi napewno.

  19. Ana,

    Przykro mi bardzo!!!

    Ja dopiero co byłam w podobnej sytuacji. W martwej ciąży chodziłam pięć tygodni. Wszyscy lekarze naciskali na zabieg, mówiąc że nie mam szans na poronienie naturalne. Bałam się bardzo im sprzeciwiać, ale też bardzo bałam się zabiegu i chciałam chronić macicę. Codziennie odsuwałam termin zabiegu. Nie krwawiłam mocno, ani przed ani w trakcie ani po. Zdecydowałam, że we wtorek już pójdę na łyżeczkowanie, bo bałam się dłużej czekać. A w poniedziałek wieczorem urodziłam sama. Kochana Olga, wiedząc o moim stresie doradziła, żeby zrobić sobie CRP i to mi bardzo pomogło. Uspokoiło, bo lekarze oczywiście nie mówili ile można bezpiecznie czekać, a ja bałam się zakażenia.

  20. Dziewczyny, wniosę trochę optymizmu. Właśnie wróciłam z urlopu na którym przyjaciel podpisał nam zgodę na przeprowadzenie in vitro. Dzięki Niemu możemy wykorzystać nasze blastki. Od września ruszamy z procedurą. Cztery szanse przed nami. Lekarz, który prowadził mnie poprzednio twierdzi że musi się udać. Jak przyjaciel powiedział dziewczyny dawajcie papiery podpiszę miałam ochotę ryczeć , a jednocześnie skakać do nieba. Mam nadzieję że to była najtrudniejsza część. Musi tak być.

  21. Dzieki dziewczyny :* Jutrzejszy szpital odwołany. Pojechałam w koncu do kliniki, dr oczywiście zakazał lyzeczkowania przy tych cyrkach z endometrium. Dal kolejne 2 tygodnie na czekanie. Przy takim plamieniu słabo to widzę choć dr twierdzi że czasem miesiąc tak kapie i się udaje. Na tabletki w domu się nie zgadza. Jak będzie dalej tak samo to kieruje do szpitala na tabletki. U mnie to niezbyt popularna praktyka więc wtedy mam szukać szpitala w innym mieście…Mój dr pocieszyl że moze jakoś ogarniemy temat. Może kiedyś to się skończy.

    1. To ciekawe podejscie. Ja ronilam w domowym zaciszu i w calej tej przykrej sytuacji, za to jedno jestem wdzieczna losowi. Tylko, ze u mnie to byly wczesne ciaze – 8 tydzien, wiec moze dlatego bylo latwiej.

      1. Właśnie Kas, masz rację. Wezon też musiala oszczędzić endometrium. Nie pamiętam już jak to się skończyło. Udało Jej się uniknąć lyzeczkowania? Ile tak czekała? Pamiętacie może? To byłoby ważne info ale Wezon coś przepadła niestety.
        A. faktycznie też uważam że to głupie podejście. Mam pecha do lekarzy którzy się wszystkiego boją. Też powiedziałam o Was, że kolezanki dostają do domu. Ze musze i chce, że prosze i dam rade. Nie ma takiej opcji. Jakbym prosiła nie wiem o co. Z całego serca wolałabym być wtedy w domu.
        Jeszcze jedno…Z tego co czytam to po tabletkach i tak zazwyczaj kończy się lyzeczkowaniem. Tak też niestety stwierdził mój dr. Naprawdę tak jest?

          1. Wydaje mi sie, ze tu duzo zalezy od wieku ciazy, od dawki tabletek i prozaicznie, od reakcji organizmu. Zreszta, z tego co czytam, tylko w Polsce bardzo czesto i konczy sie lyzeczkowaniem, za granica nie widze takich tendencji.
            U mnie obylo sie bez lyzeczkowania. Instrukcja do tabetek mowila po prostu, zeby 3 tygodnie po poronieniu zrobic test ciazowy, zeby upewnic sie, ze poziom hormonow odpowiednio spadl. Przy pierwszej straconej ciazy, wrocilam do lekarza bo tydzien po wzieciu tabletek nadal dosc mocno krwawilam. Okazalo sie jednak, ze sladow po ciazy nie bylo, po prostu szyjka macicy juz sie zwezila, krew zbierala sie u wyjscia i stad to uporczywe krwawienie. Ktore trwalo zreszta 5 tygodni, raz mocniej, raz slabiej, wiec na to tez trzeba sie przygotwac.
            Za drugim razem przestalam krwawic znacznie szybciej i do lekarza juz nie poszlam, za to zrobilam test. Wyszedl negatywny. Teraz wrocil mi juz normalny cykl, wiec zakladam, ze wszystko jest ok…
            Nie wiem czy w Polsce lekarze za szybko nie wyskakuja z lyzeczkowaniem. Przeciez, jesli po tabletkach nie wszystko sie oczyscilo, ale zadzialaly prawidlowo, czyli wywolaly skurcze i krwawienie, to co szkodzi podac kolejna dawke? Co innego jesli tabletki nie zadzialaja, w sensie nie wywolaja poronienia. Wtedy rzeczywiscie zostaje lyzeczkowanie…

  22. Też myślę A. że za wcześnie wyskakują z lyzeczkowaniem. Mój dr z kliniki też tak stwierdził. Choć widzę że u mnie wszystko się zatrzymało więc raczej samo nie pójdzie. O tabletki nawet prosząc się nie doprosilam, choć to powinien być standard raczej…ze niby niebezpiecznie, sama widzisz. Jak brałaś tabletki, dopochwowo? Ile przyjelas sztuk? Muszę mniej więcej wiedzieć coby za słabo mi nie przylozyli.

    1. Ana, nie, bralam je doustnie. Z tego co sie doczytalam, to mozna je brac dopochwowo (podobno wtedy sa bardziej efektywne), ale moj lekarz polecil je po prostu polknac. Musialam wziac 4 sztuki i po 12 godzinach kolejne 4. 800 mcg misoprostolu. Nie wiem jednak czy w Polsce ten srodek jest legalnie uzywany. Dopiero po fakcie doczytalam, ze jest on uzywany przy aborcjach. Moze dlatego lekarze w Polsce tak sie tego boja?
      Nie powiem, ze bylo latwo. Skurcze byly potworne, szczegolnie za pierwszym razem kiedy zaczynalam od „zera”, czyli moje cialo nie zaczelo samo ronic. Moj lekarz, razem z tabletkami wczesnoporonnymi, przepisal mi od razu silne leki przeciwbolowe, na recepte. No i krwawienie trwa znacznie dluzej niz po lyzeczkowaniu. Dla mnie liczylo sie jednak to, ze moge poronic w domowym zaciszu przy wsparciu meza. Do tego sam lekarz ostrzegal, ze lyzeczkowanie czesto prowadzi do blizn na macicy i on nie poleca. Dwa razy powtarzac mi nie musial. 😉
      Powodzenia!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *