Pisklak albo Big Bang. Jak wykluwa się zarodek

Jeszcze nigdy nie widzieliśmy czegoś takiego w całej procedurze in vitro.

Nasz zarodek zaczął się wykluwać. Wyjrzał ze skorupki i poszukał nas wzrokiem. Byliśmy przejęci, wewnętrznie wzruszeni, ale na zewnątrz lekarsko zdyscyplinowani.

Przez chwilę wszyscy oniemiali przyglądaliśmy się temu. „Piękny. Jak medalion” – przerwał ciszę lekarz.

*

Poranek nie należał do najłatwiejszych. Zamiast jechać 25-30 min. do kliniki, jechaliśmy 1,5 godziny (szcześliwie, założyliśmy, że może nas to spotkać). Prowadziłam samochód. Stroszyłam sierść i warczałam na auta wciskające się z boku, a już szczególnie te z samicami za kierownicą: „Nam się zarodek rozmraża, spadaj, głupia małpo”.

Z największego korka i stłuczki, którą mijaliśmy w drodze do kliniki,  kilka godzin później mieliśmy niezły ubaw, a w sumie to chamski rechot. Okazało się, że pani skończyło się paliwo i auto się zatrzymało tam, gdzie silnik wessał ostatnią kroplę, czyli na zatłoczonym wiadukcie. Wtedy rąbnęła jej w tyłek druga pani. Pomyśleć – ile rzeczy ma wpływ na przebieg kriotransferu, mogliśmy się spóźnić, bo laska nie sprawdziła czy ma benzynę…

Transfer 

Lekarz dwa razy wyganiał mnie, żebym jeszcze się trochę odsikała, bo miałam tak napełniony pęcherz, że nie dało się włożyć wziernika. Jak Boga kocham, kiedyś w końcu komuś nasikam na twarz przy tym majstrowaniu… Dlaczego oni nie noszą takich ochronnych masek jak spawacze? Wracam z drugiego sikania, w samej sukience i podkolanówkach, lekarz, pielęgniarka, mąż i zarodek taskują mnie wzrokiem, czy już odpowiednio odmierzyłam na oko sikanie – poczułam się jak mała dziewczynka. Uśmiechnęłam się skrępowana.

Po transferze zrobiło się jakieś małe zamieszanie w salce obok, pielęgniarka zapytała, czy wytrzymam, jak jeszcze trochę poleżę. Z największą przyjemnością sobie poleżę!

Światło było przygaszone. Dyskretnie leciała spokojna muzyka (Enia to się chyba nazywa). W salce ciepło, przyjemnie, przytulnie. Mąż wygłaskał. Zarodek wykluwał się w macicy, nie wiem sama czy to Pisklak czy Wielki Wybuch. Było mi przyjemnie i spokojnie. Przez przypadek miałam okazję poleżeć sobie na osobności po kriotransferze ze 30 minut i to był najfajniejszy transfer z wszystkich czterech.

Wróciliśmy do domu i tu dogoniła mnie ta drzemka, której z trudem uciekłam w sali po transferze. Jestem nadaktywna w ciągu dnia. Na tyłku przez dłuższy czas może mnie zastrzymać tylko dobry film. I zimne piwo. I wędkowanie. No i szycie. Ale tak to już niewiele rzeczy…

A teraz wyciągnęłam nową książkę, na kanapie wyciągnęłam też nogi  (nie na zawsze, umrę w jakiś ciekawszy sposób) i zaczęłam czytać. Po kilku stronach przestałam rozumieć co czytam… Zasnęłam.

158 komentarzy

    1. Dzięki Ania.
      Mam do Ciebie 2 sprawy. Po pierwsze – jak się czujesz??
      Po drugie – mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe, ale rozmawiałam z osobą ze Stowarzyszenia Nasz Bocian o Twojej sytuacji z płaceniem w Programie za wizyty i należne CI zabiegi. Powiedzieli, że jeśli masz kwity, możesz się do nich zwrócić z prośbą o interwencję. Nie przestałam czekać na wieści w tej sprawie…

      1. Iza czuję się dobrze, praktycznie non stop leżę, dzisiaj jes „ten” dzień kiedy ostatnim razem wszystko się skończyło. Poniekąd umieram ze strachu…
        A co do kliniki, wszystkie rachunki mam, płaciliśmy przeważnie kartą więc nawet ewentualnie wydruki z konta by się znalazły. Prawdę mówiąc na razie nie pchnęliśmy sprawy dalej przez ten udany transfer… Odezwę się jeszcze na maila :*

        1. Ania, to pisz na maila w razie czego – ale nie dziwię się, że zatrzymałaś wojnę po udanym transferze. Jak będziesz miała siłę i ochotę, pomogę CI, a to pomoże pewnie dziesiątkom osób.

  1. I ja cały dzień myślałam o Was 🙂 Żeby się udało 🙂 Żeby było dobrze 🙂
    Tyle wiary, tyle pozytywnych myśli.. Mam nadzieję, że będzie jak trzeba! Odpoczywajcie 🙂

    Pozdrawiam!

    1. Renia! Motylek – odjazdowe skojarzenie 🙂 Środa to jutro, dołącz, czekam na Ciebie. Nasze wcześniejsze zarodki były bez motylka i też były piękne.
      Ściskam, powodzenia i daj znać!

  2. przychodzą żydzi do Raby (nie wiem czy to tak się piszę) i mówią ‚przyszliśmy cię prosić o modlitwę o deszcz’, na co Raba mówi: ‚trzeba mocno wierzyć’, na co odpowiadają: ‚ale my mocno wierzymy’, Raba na to: ‚jakbyście wierzyli to byście zabrali parasolki’!
    Otóż Kochana my z modlitwą, z mantrami, z kciukami, z parasolkami, ze wszystkim – jesteśmy z Tobą i mocno wierzymy!

    Zarodeczek przepiękny! Będzie Wam razem przecudownie!
    Uściski:*

  3. Gniazdo uwite, teraz tylko wysiadywać, by pisklakowi sie spodobało. Co do drzemki, to nie ma lepszego sposobu na przeczekanie tego jakby nie patrzeć napięcia. Tylko spokój Cię uratuje i sprawi ze pisklak zechce sie zagnieździć :* dobranoc!

    1. E, nie, mam tyle planów, że już od dziś nie mam czasu na drzemkę! Wczoraj było rozpieszczanie, ciała, od dziś rozpieszczam duszę. Mojra – przynajmniej przez chwilę i nas jest dwoje, pozdrawiamy Was.

      1. Nie, nie robią – może dlatego fakt!
        Kurczę, muszę przy okazji zapytać mojego lekarza, bo mam wrażenie, że on ma jakiś „podgląd” do środka – babka mu z monitora krzyczy „ok, w porządku” – więc coś tam oglądają 😉 Możliwe, że oni we wzierniku jakąś kamerę mają czy coś?
        Czy ściemniają z tym „w porządku”? 😉

        1. Hmmm, na transferach sie nie znam, ale Iza mówiła ze przy IUI tez był problem z odsikaniem, wiec powiem Wam, ze mnie za to poinformowali żeby skorzystać z toalety żebym czuła sie komfortowo. Co dziwne, żadnego usg nie było, nawet na moja prośbę żeby zerknąć czy pęcherzyk sie ruszył, usłyszałam ze nie ma takiej potrzeby. Szczerze to moje nadzieje w tym momencie runęły, bo miałam czarna wizje, ze im nie zależy, i obym wróciła za miesiąc na kolejny raz. Trochę sobie zrobiłam samowolkę i progesteron zaczęłam brać dopiero po skoku temp. a nie odrazu. Szczerze mówiąc, myśle ze niejedna z nas wyszła nieraz nieusatysfakcjonowana z gabinetu, a czasem wystarczy naprawdę tak niewiele. Potraktowanie jak równego. Dlatego Warto poznać swoje ciało i byc świadomym pacjentem, żeby nam lekarze nie wciskali farmazonów i nie tracili naszego czasu. Do dziś pamietam jak niektorzy lekarze traktowali mnie jak młodą sikse, która nie wie co to owulacja i menstruacja. Gdzie ja od dobrych paru lat myśląc o stosunku „widziałam”jak plemniki biegną w stronę mojego ledwo uwolnionego jajeczka,by niedługo potem powędrować jajowodem do macicy w której byc moze sie zagnieżdża, nie mogąc spać nicami bo moze to wlasnie TERAZ. Sorry, trochę odbieglam od tematu, ale tak mi sie poskladalo.

          1. Hej – miałam w życiu wiele inseminacji (jakoś koło ośmiu jeśli dobrze liczę) i usg w dniu IUI miałam zawsze, ale nie po czy w trakcie, ale krótko przed (np. godzinę).

          2. No właśnie, a ja zawsze USG miałam w trakcie inseminacji… Nasze porównania nie prowadzą daleko, jedynie do wniosku, że każdy robi inaczej…

          3. dziewczyny u mnie tez nie bylo usg podczas trasnferu. Bylam zla no bo jak to wszedzie pisza ze usg a u mnie nie ma? To skad oni moga wiedziec gdzie umiescic ten zarodek? Jednak wiedzieli bo sie udalo:-) ja tez odsikiwalam pol pecherza, a zaraz po transferze lecialam odsikac reszta:-)

          4. Mojra, co klinka to obyczaj. U mnie przy IUI też było USG.
            Twoja historia to nauczka dla nas, że możemy wymieniać się doświadczeniami, ale nie możemy stracić zaufania do naszego lekarza, bo nie ma jedynej słusznej drogi.

            Zaciekawiło mnie to co napisałać – że zaczęłaś brać progesteron po skoku temperatury. Mierzyłaś sobie temperaturę po IUI? A mierzyłaś wcześniej, masz to sprawdzone? Temp. skoczyła CI jak się zagnieżdżał zarodek? Naprawdę po tym poznałaś?

          5. Na wszystkie pytania odpowiadam twierdząco. Po owulacji jak zwiększa sie produkcja progesteronu temp rośnie, widać to bardzo wyraźnie na wykresie. to samo daje nam usg, którego jak pisałam mi odmówiono :/ 9 dni po owu, skoczyła na jeszcze wyższy poziom i utrzymuje sie do dzisiaj. Oczywiscie ma to sens, analizując kilka własnych wykresów, żeby cokolwiek z niego odczytać. Jakby nie było ten był zupełnie inny. Mi pomagało to rownież w opanowaniu moich zachowań kompulsywnych i ciągłej chęci kontroli i sprawdzania wszystkiego.

          6. Mojra, podziwiam, że tak znasz swój organizm. Ja nigdy nie próbowałam mierzenia temperatury. Ale moje cykle zawsze były dziwne, nierówne, a do tego temp. mam zawsze 37-37,2. To pewnie w pochwie też może być niemiarodajnie podwyższona.
            I jakim termometrem mierzysz?

            Z tymi nieznaniem się na owu itp. to lekarze powinni zrozumieć, że pacjentki starające się, to zupełnie inny gatunek. Jak leżałam w szpitalu, to byłam zadziwiona, jak mało wiedzą kobiety, które są w ciąży i to czasem nie pierwszej. I nie muszą tego wiedzieć, żeby szczęśliwie zajść i urodzić.
            Babka z mojej sali na moje słowa, że mam cienkie, słabe endometrium powiedziała: to chyba masz to samo co ja, bo ja mam straszne bóle i krwotoki i lekarz powiedział, że jak zajdę to może się wyleczy. Pomyliła endometrium z endometriozą, mając32 lata, 6 letnie bliźniaki i mając problemy ginekologiczne, czyli w grupie bardziej świadomej teoretycznie. Co tu się dziwić lekarzom potem. 🙂

          7. Mojra, szacun, że tak się porządnie przyglądasz organizmowi. Nigdy nie zmobilizowałam się, żeby mierzyć sobie temperaturę. Teraz, choć mam czas, to bez sensu, bo nie mam żadnego porównania 🙂

            Wężon, a propos kobiet świadomych własnego ciała, usłyszałam niedawno hit (to nie legedna, znamłam tą biedną dziewczynę):
            Dwudziestokilkuletnia panna zachwycona opowiadała, jak pożyteczne i cudowne są nauki przedmałżeńskie. Co w tym pożytecznego – pytamy? W końcu się dowiedziałam, kiedy mam dni płodne – opowiada laska…

            Można żyć z galaretką zamiast szarych komórek? Można 🙂

          8. Zaczęłam sie w to bawić, w grudniu, jak dostałam pierwszy okres po porodzie, mimo ze nie mogłam sie jeszcze starać to miałam takie poczucie ze cos w tym kierunku robię. Chciałam pominąć w klinice etap „a moze państwo jeszcze sie postarają naturalnie” poobserwujemy panią, bla,bla. Nic mnie tak nie demotywowalo jak strata czasu i czekanie. A wlasnie moje okresy były zawsze niespodziewane i stwierdziłam ze to jedyny sposób domowy żeby sie dowiedzieć, testy owulacyjne cały cykl miałam pozytywne wiec strata pieniędzy. Znalazłam fajna aplikacje na telefon i sobie wklepywałem. Termometr kupiłam w aptece taki co ma dwa miejsca po przecinku, i mierze normalnie w ustach, jakoś nie przemawiało do mnie żeby gdzie indziej. I tak pierwsza rzecz to była jak sie budziłam. Jak poszłam do klinki to wiedziałam, ze mam odpowiednio długa fazę lutealna, ze nie plamie w tej fazie i ze mam mega pozna owulacje, i tak oto w każda ciąże zaszłam po 26 dc. Wszystkie uzyskane owulacje ok 14 dnia, były niewartosciowe i teraz i wczesniej. Widać musi byc jaknajblizej natury. A tak z innej beczki dziewczyny, zaczęłam miewać koszmary w nocy, śnią mi sie chore dzieci, i to tak fizycznie. Mimo ze o tym nie myśle i nastawiam sie pozytywnie, to moja podświadomość mnie atakuje 🙁 jestem rozbita dzis.

          9. Ja również się obserwuję i pomogło mi to wyregulować cykle, nauczyć się rytmu swojego organizmu oraz zaobserwować jakie rzeczy mają czasem wpływ na to że owulacja będzie później.

          10. Stara prawda, wybacz banały, ale banały są najbardziej podobne do rzeczywistości (podobnie jak kiczowate widoki) – sny to nasze największe obawy i pragnienia. Boisz się Mojra. Twoje doświadczenie nie jest subiektywnie trudne, jest obiektywnie prawie niemożliwe do udźwignięcia. Masz w szpiku stres, to wychodzi.
            Nie wiem, jak pomóc Ci, żebyś znalazła spokój. Sięgnij do tego, co masz dobre blisko siebie.

  4. Iza, jesteś dzielną wojowniczką. Wiesz, że zawsze będę Ci kibicować 🙂

    Trochę mnie nie było, sporo się wydarza ostatnio (niestety nie zawsze dobrych rzeczy) i nie miałam czasu na odwiedziny. Dziś dopiero nadrobiłam czytelnicze zaległości:)

    Jestem po biopsji mojego guzka, wynik będzie po 27.04.
    Wróciła mi owulacja (to zadziwiające, jak szybko mój organizm wraca do właściwej sobie równowagi).

    A wczoraj w drodze z Wro tuż nad autostradą i tuż przed maską mojego auta przeleciał bocian. Widocznie dopiero co poderwał się do lotu. Aż zdjęłam nogę z gazu, bo obawiałam się, że mogę zrobić mu krzywdę. A był taki piękny!!! Gdzieś po cichu liczę na to, że to był dobry znak.
    Dla nas wszystkich 🙂

    1. S-mother, czekam z Tobą na wynik. Czy wydarzyło się jeszcze coś złego poza stresującą biopsją?
      Kochanie, napisałam Ci juz maila – wrócił kalendarz, który Ci wysłałam 🙁

  5. masz wybitny talent przelewania myśli na … klawiaturę 😀 uśmiałam się czytając dzisiejszą relację 🙂
    moje ivf wyglądało zupełnie inaczej, o żadnym sikaniu nikt nic nie wspominał 😉
    zarodka też nie widziałam.

    mam nadzieję, że tym razem wszystko potoczy się tak, jak należy….
    dobrze, że wzięłaś wolne, odpoczywajcie i zacieśniajcie więzi 🙂

  6. no to teraz sobie odpoczywaj, czytaj, sluchaj przyjemnej muzyki, ogladaj filmy i wcinaj dobre jedzonko… bez stresow zadnych!
    Fajny mialas transfer, taki relaksacyjny, na moim nawet meza nie bylo, nie mogl byc, a zarodeczek tez moglam obejrzec na ekranie zanim zostal przetransferowany do mojej macicy. Jakiej mialas klasy zarodek? Wyglada na top quality:-)
    POdobnie jak inne dziewczyny trzymam kciuki, niech sie kryszynka ladnie wgryza:-)

    1. Zarodek 4AA, ale nie przeceniałabym tej miary. To tylko przypisana etykieta. Już tutaj kiedyś rozmawiałyśmy, nie wiemy, z jakiej klasy zarodków my powstałyśmy, każdemu trzeba dać równe szanse. Ściskam Casja i przesyłam pozdrowiania dla brzucha 😀

  7. Iza, tak strasznie się wzruszyłam czytając ten wpis i oglądając zdjęcie! Ryczę jak głupia i nie mogę się uspokoić! To jest TEN transfer, musi być, zasłużyłaś na to jak nikt na świecie. Magiczna jest ta fotka, moje myśli od razu pobiegły w stronę naszych dwóch zarodków czekających w klinice.

  8. Dziewczyny, to niezwykłe jak zaczyna sie życie.. Myślami jestem z wami, powiem Wam rownież, ze tak bardzo byłam zaprogramowana na stały schemat: stymulacja–> oczekiwanie–> niegatywny test, ze moja podświadomość wciąż czuje ze nic sie nie zmieniło. Czuje sie jakbym sobie wszystko wmówiła, muszę sie od czasu do czasu uszczypnąć, bo mam wrażenie ze jest to najpiękniejszy w życiu sen.. Nawet jesli tak jest, to nigdy nie pozwólcie mi sie z niego obudzić. Życzę wam z całego serca żebyście trafiły do tej abstrakcji.

  9. Podpisuje sie obiema rekami pod komentarzem Mojry. Czytasz w moich myślach i przelewasz na klawiaturę, Dziewczyno. 🙂

    Izunia – dorodny Pisklak. 🙂 Tak bardzo mu sie doz Ciebie spieszy, ze juz ze skory zaczął wychodzić. Cos niesamowitego. Rozumiem ze jesteś na L4, wiec korzystaj i odpoczywaj. Trzymam za Was kciuki! Przesyłam całe moje pozytywno ciążowe fluidy.

    Ewelka – moje pozytywne ciążowe fluidy wędrują w Twoja stronę rownież! Trzymam mocno kciuki.

      1. Iza ja mam pytanie- czy u Ciebie w pracy wiedza ze podchodzilas do in vitro i jesli tak czy ktos ci z tego powodu jakies nieprzyjemnosci robil? Pytam z ciekawosci, bo u mnie wie tylko siostra i teraz polozna. W robocie nic nie mowilam bo juz widze te wredno -wsibskie komentarze, zwlaszcza ze oboje z mezem pracujemy w tej samej firmie.

        1. My też pracujemy razem. Wprost, że ciąża z in vitro powiedziałam koleżankom z pokoju i kierowniczce (ona sama jest po kilku transferach i niestety 4 poronieniach z tych transferów). Myślę jednak, że niektórzy inni wiedzą/ się domyślają, ale żadnych komentarzy wprost, czy doniesionych nie słyszałam.
          Po poronieniu też tylko 3 osoby przyszły osobiście/ powiedziały przy okazji widzenia. Kilka mówiło , że im przykro do Jarka, bo facet to mniej przeżywa i mu się ran nie rozdrapuje.
          Niektórym sąsiadom tez mówiłam.

          1. no to zazdroszcze, u mnie by sie tak nie dalo, ale jak kierowniczka sama przez to przechodzila to wie o co kaman. Tak wiec pozdrowienia dla kierowniczki:-)

        2. Casja, nie, w pracy nikt nie wie, powiedziałam jednak prawdę przełożonemu, bo to był jedyny sposób, żeby racjonalnie wytłumaczyć różne irracjonalne zniknięcia z pracy.
          I dobrze zrobiłam, bo od tamtej pory jak potrzebuję się zwolnić do lekarza, to szef nie patrzy na mnie podejrzliwie, jakbym szła na rozmowę o pracę.
          Poza tym szef jest dyskretny i nie tylko z nikim o tym nie rozmawia, ale nawet mnie o nic nie pyta.
          Nie nie nie, nie chcę, żeby moje kolejne „zapłodnienia” stały się sprawą publiczną…

          A propos tego, ze wie tylko Twoja siostra i położna (no i mąż) bardzo długo jestes dyskretna. Tajemnicza z Ciebie babeczka. Ja tam sobie walnę na czole tatuaż jak zajdę w ciążę.

          1. no to fajnie my zdecydowalismy ze nie powiemy nikomu a gdyby sie nie udalo pierwszy raz to podchodzac do drugiego razu bysmy juz muslieli poinformowac szefa. Uff na szczescie obylo sie bez dodatkowych stresow.

          2. Z mówieniem o ciąży też się nie chciałam wyrywać. Planowałam doczekać, aż zacznie być widać, żeby nie musieli się wpatrywać i wróżyć z brzucha.
            W styczniu jednak się przeziębiłam i poszłam na zwolnienie. Lekarka zapytała, czy pisać, że ciążowe, czy sobie nie życzę. Wzięłam ciążowe, bo co się będę dodatkowych pieniędzy pozbawiać. I jak wróciła z L4 to już wszyscy wiedzieli. Nawet tacy, z którymi nie rozmawiam i nie widuję. Kolega informatyk donosił, że w innych budynkach wiedzą i rozprawiają o tym. O tym, że są bliźniaki dowiedzieli się nie wiadomo skąd. O metodzie nie wiem, czy wiedzą.
            Ja się tym nie przejmuję, nie przeszkadza mi to. Już raz zrobiliśmy w pracy taki numer, że byliśmy sensacją, jestem przyzwyczajona. Pogadają i przestaną, a przy tym nic złośliwego nie słyszałam.

            Jarek pracuje ze mną, a wcześniej ze mną pracował mój mąż. Siedział w tym samym pokoju, na tym samym miejscu i ma ten sam numer telefonu wewnętrznego co były mąż. Kiedy mąż odszedł z pracy, Jarek wszedł jakby na jego miejsce. Po pewnym czasie także na jego miejsce w moim życiu. Wszyscy znali mojego męża, wiedzieli potem, że go zostawiam. Jarek też zostawił żonę, która groziła różnymi rzeczami. Do tego zrobiliśmy to z dnia na dzień, bez żadnych sygnałów. To był grom z jasnego nieba. Dla wszystkich zainteresowanych. Do tego atmosferę podgrzewała żona, mówiąca, że przyjdzie się skarżyć do prezesa, że będzie przychodzić i opowiadać, jaki z Jarka skurwysyn. Jarek poszedł do prezesa, powiedział jaka jest sytuacja i że z góry przeprasza za problemy. Prezes powiedział, że nie ma sprawy, jakoś to przeżyje. Kibicująca nam sekretarka obiecywała własnym ciałem bronić dostępu i spławić żonę. Na szczęście żona gróźb nie spełniła.
            Firma podzieliła się na obozy, ale nikt wprost niczego niemiłego nie powiedział, o rozbijaniu rodzin itp.
            Cały ten melodramat rozegrał się miesiąc po powrocie z mojego półrocznego zwolnienia z powodu wypadku samochodowego. Miałam złamany kręgosłup i na początku nie było wiadomo, czy mnie nie sparaliżuje. Mąż opiekował się mną z oddaniem, a jak wyzdrowiałam, to go zostawiłam.
            Nic dziwnego, że byliśmy główną atrakcją.
            Do tego pół roku później ciąża, dramatyczny poród i pierwsze tygodnie. Ciekawość ludzi, co będzie z takiego wcześniaka.
            A teraz to – potencjalne bliźniaki i późne poronienie.
            Nie dziwię się, że gadają. I nie przeszkadza mi to, póki nie wylewają pomyj.

          3. Wężon, Ty książkę powinnaś napisać! Niesamowita jest Twoja historia.
            Z Ciebie bije taki spokój, kiedy to piszesz… Mam nadzieję, że wszystkie burze już za Tobą, że teraz każdy dzień zbliża Was do tego, czego pragniecie.

            Zazdroszczę Ci, że masz taką zdolność olewania, co ludzie gadają. Ja tylko w teorii mam to w de, w głębi serca dość się tym przejmuję, choć wiem, że ludzkie gadanie nic nie zmieni w moim życiu. Ja sie w ogóle przejmuję wieloma rzeczami 😀

          4. Gadanie może zmienić, a raczej postępowanie z niego wynikające. Jeśli ktoś blisko postanowi utrudnić Ci życie, to na pewno się to odbije.
            Jak zaczęliśmy być ze sobą, to byliśmy w amoku i nic by nam nie przeszkodziło, ale zdziwiłam się, że tyle życzliwości płynie ze wszystkich stron. Jarka rodzina się ucieszyła, że wreszcie się uwalnia od żony, moja mama woli Jarka od męża. Ludzie wokół patrzyli z podziwem, że się na to zdecydowaliśmy. Wiele razy usłyszałam, że zazdroszczą takiej miłości.
            Tylko na blogu znalazło się kilku hejterów, życzących piekła za rozbijanie rodziny.
            Wtedy trochę to zabolało, przejęłam się, bo chciało im się wyciągnąć notkę sprzed 3 lat, żeby powiązać z obecną sytuacją. Przeraziłam się, że komuś się tak chce i co może jeszcze zrobić.
            Ale wtedy mąż wpisał obronny komentarz i napisał do mnie piękny list. A do tego kazał Jarkowi się mną opiekować i dobrze go zastąpić. W ogóle przez te parę dni działo się tyle rzeczy i w takim nasileniu, że w żadnym filmie bym w to nie uwierzyła i wyłączyła z prychnięciem. Miałam to opisać na blogu, ale na gorąco nie wyszło, a potem blog zdechł.
            Bałam się wylewania brudów przy rozwodzie – poszło migiem i z klasą. Stworzyłam piękny, nieprawdziwy pozew. Nie tknęliśmy niczego bolesnego, trwało 5 minut.
            Mąż zachował się cudownie, z miłości pozwolił mi odejść. Jestem dumna z tego, jak postąpił.
            Obawiałam się potępienia, spotkałam się raczej z podziwem.

            Iza, wiesz, że większość lęków jest w naszej głowie i nikt nas tak nie zgnębi jak my same? Rzeczywistość prawie nigdy nie jest gorsza od scenariuszy w naszej głowie.

            Do filmowej historii to mam jeszcze zaprzeczanie ojcostwa. Laura urodziła się przed upływem 300 dni od rozwodu i formalnie była dzieckiem męża. Wiesz, jak się bałam, że jeśli umrze, to na zawsze zostanie jego dzieckiem? Nie można zaprzeczać ojcostwa martwego dziecka. Miała jedną metrykę, potem sądowne zaprzeczenie ojcostwa i dopiero potem korekta metryki z właściwym ojcem. Pierwsze badania ma na pierwsze nazwisko. Ciekawe, czy kiedyś się do czegoś dogrzebie i będzie się zastanawiać, czy jest adoptowana.

          5. Powiem Ci ze ostro:) ale uczuć nie oszukasz, i dobrze bo szkoda życia. Miłość to najwieksza wartość w życiu i zazdroszczę sama sobie ze ja mam 🙂 jak większość z nas tu. Z innej beczki… Moze gdzies przegapiłam ale bardzo jestem ciekawa jak Laura sie rozwija? Wiem ze na początku nigdy nie można nic zakładać, jedne dzieci wychodzą bez szwanku, inne nie. Ciekawa jestem jak wiele jest zasługa dodatkowej Twojej pracy a na ile po prostu miała szczęście? Oczywiscie jesli nie jestem zbyt wścibska, staram sobie wiele rzeczy w głowie ułożyć.

          6. Chyba pierwszy raz słyszę o tak bardzo przyjaznym rozwodzie, to rzadkość chyba….Tak dobrze i pięknie piszesz o tym swoim byłym mężu, że muszę zapytać czy On ułożył sobie na nowo szczęśliwie życie? Dwie rzeczy które napisałaś mnie zaskoczyły: że po tym jak się Tobą opiekował w chorobie to Ty odeszłaś…- tak jakoś wprost to napisałaś, że mnie zatkało…no i druga rzecz, że pozwolił Ci odejść z miłości…
            (p.s. faktycznie te Twoje historie w życiu dałyby razem niezłą książkę!)

          7. Wężon, musisz być wspaniałą, mądrą przyjaciółką w realu, która dużo przeżyła i nie pierdoli za przeproszeniem, farmazonów. Tyle Ci powiem i niosę swój brzuch na spacer, a nuż coś się ukołysze.

          8. Wężon – Ty to scenariusz filmowy mogłabyś oprzeć na swoim życiorysie, Kobieto! Chętnie taki film bym obejrzała. Na pewno pełen nieoczekiwanych zwrotów wyciskacz łez. 🙂

          9. nie, o ciazy juz wiedza wszyscy, natomiast o in vitro tylko ja z mezem, siostra i polozna. Reszta nie musi wiedziec jak doszlo do zaplodnienia- to sa prywatne sprawy uwazam:-)

  10. To jestem z powrotem. Mam nadzieję, że wykorzystałaś moją nieobecność właściwie. 🙂

    Zarodek piękny, transfer relaksujący, Ty odpoczywasz. Czekam niecierpliwie na wynik. Paznokcie mam długie, to będę po trochu obgryzać, żeby jeszcze na 10 dni starczyło.

    1. Nie! Tylko nie paznokcie! Przyciskaj język do podniebienia, to też działa odstresowująco, a ładniej wygląda.
      Mam nadzieję, że jesteś mega wypocząta i sypiesz dobrą energią. Czy Cię wykorzystałam – zobaczymy, bardzo Ci jednak dziękuję za Twój urlop 🙂

  11. Dziewczyny ja wczoraj widzialam sie po raz pierwszy z polozna. Godzinne gadanie o ciazy i roznych zagrozeniach, mierzenie cisnienia krwi i wypelnianie ksiazeczki ciazy. Mam skan 29 kwietnia juz w panstwowym szpitalu. Podadza mi dokladna date porodu i dokladny tydzien ciazy bo jak narazie to jedni mowia jedno inni drugie a mi wychodzi tez cos innego jak sprawdzam w necie.
    Nastepne spotkanie z polozna w 16 tygodniu. Mam nadzieje ze brzuch juz bedzie:-)

          1. no jak sie tak namyslilam to rzeczywiscie masz racje:-)

            ja dzis na zwolnieniu, nie poszlam do pracy. Rano sie czulam jakby mi ktos baterie wyjal i to juz moj trzeci bol glowy w tym tygodniu. Lezenie pomaga ale w pracy sobie nie poleze. Myslalam ze po 12 tygodniach to sie ten piekny okres zacznie, u mnie moze bedzie odwrotnie. Oby nie. O 21 kazdego dnia padam ze zmeczenia bywa ze zanim skoncze prace przed 17 nie mam juz na nic sily. Mam nadzieje ze to nic zlego. Moze za malo wody pije a moze za malo owocow?

          2. Misia 13 tydzien w tym tygodniu, czuje sie generalnie zmeczona. Dzis rano obudzilam sie z bolem glowy i maz powiedzial zebym zostala w domu. Zostalam polezalam sobie do 12 i przeszlo jak reka odjal. Teraz czuje sie dobrze. Mam nadzieje ze jutro bedzie ok. Generalnie szybko sie mecze, 0 21.00 kazdego dnia padam na twarz. Nic mi sie nie chce. Dzis zostajac w domu podladowalam baterie. A u ciebie ktory tydzien?

  12. Witam w ten piękny wiosenny dzień 🙂 Iza mam nadzieję, że chłopak mocno się wgryza 🙂 I mam pytanie z innej beczki. W piątek mamy pick up. 10 pięknych pęcherzyków. Lekarz mówi, że coś z tego będzie 🙂 Ale mam wysoki progesteron i szanse na transfer zerowe 🙁 Czy któraś z Was kiedyś coś takiego słyszała albo miała podobną sytuację? Szukam w necie, ale znajduję info z 2010/2011 i wtedy nie robiło to takiej różnicy. Przez tyle lat jednak coś się mogło zmienić. Ściskam gorąco i lecę z moimi psiami polatać po parku 🙂

    1. kurde Kasia wiesz co nie wiem, u mnie zadnych badan progesteronu nie robili ( u mnie to w ogole wszystko bylo na opak). Interesowala ich tylko wielkosc pecherzykow. Od punkcji musialam brac progesteron dopochwowo i nikt mi obecnego poziomu nie sprawdzal, ale dziewczyny beda chyba wiedzialy lepiej.

    2. Kasia, nie odpowiem na Twoje pytanie bezpośrednio, ale mi lekarz zawsze mówi, że nadmiar progesteronu nie zaszkodzi. 4-5 dni przed i po transferze przepisuje mi go niemal tak dużo, jak dużo zdołam przyjąć.
      Nie pomogłam, pewnie tylko wprowadziłam Cię w większą konsternację…

      1. Mnie też nikt progesteronu nie sprawdzał, nie wiedziałam, że może szkodzić.
        Estrogen, to tak, zwiększa ryzyko przestymulowania. Ale mnie też nikt nie sprawdzał, bo nie miałam wielu pęcherzyków.

        1. Kasia – U mnie była taka sytuacja. Kilka dni przed końcem stymulacji mój progesteron był 3,4. W dniu podania zastrzyku na uwolnienie komórek (Pregnyl) był 2,9.

          Moja lekarka prowadząca powiedziała, że to za wysokie i odłożymy transfer na następny cykl. Jednak lekarz współpracujący z nią powiedział, że to nie ma znaczenia, gdyż pomiary progesteronu są nie miarodajne (progesteron uwalnia się wystrzałami, nie równomiernie, więc jest ryzyko pomiaru w momencie wystrzału) i on radzi zignorowanie tej miary. Ja równiez dopokopałam się do jakis badań w internecie, które pokazywały, że nie ma to znaczenia.

          Podeszliśmy do transferu w tym samym cyklu, co stymulacja, przy tym rzekomo wysokim progesteronie. Nie liczyliśmy na sukces i moja lekarka też była sceptyczna, ale kazała ufać temu drugiemu lekarzowi, bo on jest bardzo doświadczony. I udało się! Dziś rozpoczęłam 9tc. 🙂

          Jesli jednak poczekasz do przyszłego cyklu, na pewno sobie nie zaszkodzisz, a możesz pomóc.

  13. dziewczyny…byłam dzisiaj na pierwszym usg! dopóki lekarz nie powiedział: „gratuluję, jest Pani w ciąży” to nie wierzyłam!!! mimo rosnącego ekspresowo hcg:) transfer miałam 1 kwietnia blastocysta 3 (B,A) z 6-tego dnia. Mimo tego, że wiedziałam, że nie jest to najlepszy blastuś i tak się przykleił:) już mi trochę lepiej, ale odchodziłam od zmysłów! odkąd w 6 dpt wyszła mi beta to biegałam na badania co dwa dni bo wiecie…to co się tworzyło w mojej głowie przechodzi ludzkie pojęcie! myślałam nawet nad zakupem używanego sprzętu do usg, żebym sama sobie mogła sprawdzać czy wszystko jest ok! szok! dziś mi lekarz powiedział,że wszystko jest ok, nie ma jeszcze serduszka bo trochę wcześnie, kolejne usg 5.05. W końcu zaczynam w to wierzyć:)
    Trzymam za Was wszystkie kciuki! i mam nadzieję,że nie będziecie tak histeryzować:)

  14. Kochana, jaki on piękny 🙂 Muszę spojrzeć na zdjęcia naszych zamrożonych, ale tam chyba też taki podobny z „frędzelkami/motylkami/jakkolwiek to nazwać” będzie. O! to poczekam, jak u Ciebie się ładnie będzie rozwijać, a potem na spokojnie pojadę po mojego 🙂 (co prawda pewnie nie wcześniej niż w kolejnym cyklu, bo dzisiejsze usg nie zapowiada owu w tym 🙁 ) Czekam więc na dobre wieści u Ciebie za 2 tygodnie!

  15. Dziewczyny, mam do was pytanie. Nie mam doświadczenia w temacie krio i rozmrażania zarodków. Wczoraj pokazałam mężowi to zdjęcie Twojego malucha Iza mówiąc, że na nas takie czekają. Rozmawialiśmy o nich i w pewnym momencie R. zapytał mnie, czy znam jakies statystyki odnośnie przeżywalności rozmrożonych zarodkow. Tzn chodziło mu o to, czy często zdarza się coś takiego, że po rozmrożeniu okazuje się, że zarodek nie będzie nadawał się do transferu?

      1. Iza, aż 30%? Zmartwiłaś mnie. Ja słyszałam, że przy obecnych technikach mrożenia nieprzeżywalność jest minimalna, pomijalna wręcz. Przy zwykłym mrożeniu były takie statystyki, pękały tkanki przy rozmnażaniu. A teraz jakoś odsysają wodę, żeby nie szkodziła przy mrożeniu.

        1. Z tego co pamiętam, statystyki zależą od sposobu mrożenia. Przy obecnie stosowanych metodach jest chyba tak jak pisze Wężon, ja pamiętam coś ok 10% niepowodzeń w rozmrożeniach. I jakoś nie pamiętam jakoś szczególnie, by któraś z dziewczyn pisała, że zarodek się nie rozmroził. A Wy kojarzycie?

        2. Tak mam napisane w informatorze. Ale wydaje mi się to mocno zawyżone. U mnie przeżywalność embrionów to 100 proc. I nie słyszałam aby komuś zarodek nie przeżył. I wykluczam teorie spiskowe jakoby kliniki to ukrywały. Po prostu pewnie wpisali w informator jakieś stare statystyki.

  16. Iza, nie napiszę zbyt wiele. Nie mam sił na to. Chce jednak abyś wiedziała, że ciągle tu jestem, czytam Cię i z całego mojego obolałego serca życzę Ci aby tym razem się udało :*

    1. Czekoladka. Gdzie jesteś teraz? Siedzisz w jakimś bunkrze i wszystko Cię boli? Liżesz rany? Wszystko w porządku? Wiesz, że czas płynie, chcesz czy nie, doprowadzi Cię do punktu, w którym zaczniesz działać?

        1. Czekoladka, kruszyno, weszłaś pod walec, jakim cudem masz mieć teraz siły? Trzy IUI? Wiesz, że Europa zmierza do nie robienia IUI wcale, bo koszty psychiczne (i finansowe) są nieadekwatne do efektów (Mojra, nie czytaj tego).
          Czekoladko, jesteś bardzo zmęczona i masz prawo sobie poleżeć z tym zmęczeniem tak długo jak potrzebujesz. Możesz też dopuścić do głowy inny rodzaj pomocy, moze warto z kims porozmawiać, może w Twojej klinice jest jakiś psycholog, który bezstronnie pomoże Ci ocenić styuację, w jakiej się znalazłaś.
          Bardzo dużo na siebie wzięłaś, bardzo dużo przeszłaś, jesteś bardzo silna i masz powody, aby mieć dosyć…
          Nie poganiaj się, nie wymagaj od siebie za dużo… Odpocznij, zamknij wszystkie blogi o niepłodności czy leczeniu na tydzień, miesiąc albo rok, jeśli potrzebujesz…
          Bądź dla siebie czuła i troskliwa, rozpieszczaj się, nie popędzaj…

  17. To ja piszę tutaj odpowiedzi na pytania pod moim komentarzem, bo tam już wąziutko. 🙂

    Mojra, Laura na szczęście rozwija się zupełnie normalnie i jest to zasługa jej szczęścia, nie pracy. Niczego nie trzeba było robić. Przez parę miesięcy chodziłyśmy na rehabilitację Bobath, ale to tak dla ułatwienia rozwoju, nie z konkretnych wskazań, czy dla wyeliminowania wad. Poza tym, wszyscy lekarze odsyłali nas, dziwiąc się, że nie ma śladów wcześniactwa.
    Miała retinopatię i zabieg laserowy, nawet po tym nie została jej żadna wada wzroku, co jest wyjątkowe. Pani doktor, która operowała, sama nie wierzy, że jest tak dobrze.
    W domu nie mieliśmy żadnych zajęć. Tyle, że zawsze była drobna i mała, teraz też nie wygląda na najstarszą w grupie. Jak chcecie zobaczyć Laurę sprzed ponad dwóch lat i mój ogródek (w którym jak wcześniej pisałam, będę się wyżywać czekając na kolejną szansę – jakby któraś chciała, to można też odwiedzać mój wątek na pewnym forum) to proszę: http://majawogrodzie.tvn.pl/107,Maly-ogrodek-pelen-kolorow-Rosliny-balkonowe-odc-394,odcinek.html
    Ciągnąc wątek nagłych dramatycznych zwrotów akcji, dwa dni po emisji odcinka znowu pojawiliśmy się w TV, z okazji malowniczego wypadku, który spowodował korek na pół Ursynowa: http://tvnwarszawa.tvn24.pl/informacje,news,wypadek-na-plaskowickiej-straz-kieruje-ruchem,60321.html#!prettyPhoto (nasz był ten jasny).

    Teraz poważniej odpisując Asi:
    Miałam wielkie wyrzuty sumienia, że zostawiam takiego dobrego męża. Kiedy leżałam w szpitalu, współpacjentki rozpływały się w pochwałach. Zachowywał się wspaniale, zmieniał mi pieluchy parę dni i bał o mnie straszliwie. W domu też przez pierwszy miesiąc przyjeżdżał z pracy, żeby zaprowadzić mnie do łazienki, bo nie mogłam wstawać bez gorsetu, a sama na leżąco nie mogłam założyć. Nie mam mu nic do zarzucenia.
    Pod żadnym właściwie względem. Popełniał błędy (np. czasem o piwko za dużo, i czasem pokątnie palił), ale jestem pewna, że kochał mnie jak nikogo, byłam dla niego najważniejsza, zrobiłby wszystko dla mnie. Po pięciu miesiącach wróciłam do pracy, zaczęliśmy starania o dziecko – moje badania, on miał nasienie sprawdzić po nowym roku. W pracy musiałam bliżej współpracować z Jarkiem – różne zestawienia po powrocie itp. i zainteresował mnie. Ciekawość zwyciężyła – nie szukałam faceta, nie chciała związku. Coś mnie podkusiło, aby sprawdzić, czy zainteresuję innego, jak daleko będę mogła się posunąć, czy w ogóle będę mogła. Czy namówię grzecznego, spokojnego pantoflarza do wyjścia spod wpływu żony?. Niewinny eksperyment znudzonej szczęśliwej mężatki? Kryzys trzydziestolatki? 12 listopada wróciłam do pracy, 12 grudnia pocałowaliśmy się, a w wigilię zamieszkaliśmy razem. Miał być flircik, zrobiło się trzęsienie ziemi. Zdecydowaliśmy się pójść na całość i zacząć wspólne życie, nie znając się właściwie, wiedząc o sobie tyle, co z kilku nocnych rozmów… To był szalony czas – nagromadzenie wydarzeń, jak we wszystkich romansach, plus absurd z najbardziej absurdalnych sztuk. Sama nie wierzę czasem, że to się wydarzyło naprawdę.
    Wyobraźcie sobie taką scenę:
    Przy wigilijnym stole siedzą teściowie, moja babcia i mama, ja, a mąż leży pijany i cierpiący w naszym mieszkaniu. Teściowie wiedzą, że go zdradziłam, że raczej odejdę i rozmawiamy o tym nad karpiem i sałatką. Rzucając mordercze spojrzenia podajemy sobie barszczyk. W pewnym momencie teściowa wstaje i oznajmia koniec wigilii, bo ona musi iść sprawdzić, czy jej syn jeszcze żyje. Teść elegancko odwozi nas wszystkie do domu. Żegnamy się uprzejmie pod domem mamy. Teść oznajmia, że teściowa poinformowała, że mąż leży w domu ze zdartymi rękami od walenia w ścianę, wyraża nadzieję, że nic sobie nie złamał.
    Parę godzin później – Jarek jest ze mną u mamy, on z kolei uciekł z rodzinnej wigilii u teściów 150 km od Warszawy. Jest bez rzeczy, bo nie chciały mu oddać i musiał staranować bramę w ich domu. Żona za wszelką cenę chciała go zatrzymać. Mąż dzwoni, że nie może żyć beze mnie i czy mogę dać mu jeszcze jedną szansę, chce porozmawiać. Z wahaniem zgadza się, zawsze słucham, jeśli ktoś ma coś do powiedzenia. Okazuje się, że mąż jest właściwie pod drzwiami, teść go przywiózł. On wchodzi od klatki, Jarek ucieka przez ogródek.
    Wracam z mężem do domu, negocjujemy. Wieczorem on się poddaje, patrzy mi głęboko w oczy i stwierdza, że nie widzi w nich miłości, są obce, przegrał. Każe mi się spakować i zadzwonić po Jarka. Jarek dzielnie przyjeżdża, nie wiedząc co go czeka.
    Siadamy przy herbatce i toczymy ciężką, wzruszającą rozmowę. Mąż mi wybacza, życzy szczęścia i żeby było warto, każe Jarkowi się mną opiekować. Lekko złośliwie życzy mu, żebym nim też się nie znudziła za 5 lat. Jarek, jak na romantycznego bohatera odpowiada, że nawet jeśli to będą to najpiękniejsze lata jego życia. Że nawet jeśli jutro zmienię zdanie, to było warto, nie będzie żałował.
    Za parę dni pisze piękny pożegnalny list (tzn. e-mail). Szczególnie utkwiło mi w pamięci to:
    Mąż dziękuje mi za wspólne lata. Porównuje je do wspólnej podróży. Spędziliśmy piękne chwile, a teraz czas się rozejść, zachowując miłe wspomnienia. Myślał, że to podróż na zawsze, ale przyjmuje do wiadomości, że nie i dziękuje, że byłam z nim chociaż tyle.
    Tak, jestem pewna, że pozwolił mi odejść z miłości, najlepiej jak się dało. Zachował się z klasą, mimo, że ja zrobiłam coś, z czego nie byłam dumna. Zdrada nie wchodziła w grę – zawsze uważałam, że rozstanie owszem, jest możliwe, ale najpierw trzeba skończyć coś, a potem zaczynać nowe. Cóż, grom z jasnego nieba nie daje czasu na myślenie.
    Płakałam okropnie. Żyłam w mieszance euforii z zakochania i wyrzutów sumienia. Każdy kąt przypominał mi męża. Na szczęście szybko znalazł kobietę. Jakaś koleżanka z liceum, czy podstawówki go znalazła i pocieszyła. Ożenił się rok po rozwodzie. Dzieci nie mają. Chyba nie mogą, bo ze mną już chciał. On ma teraz 45 lat, żona jakoś podobnie, więc na pewno nie czekają na lepsze czasy.
    Jarka żona też ma faceta i trzyletniego syna. Wyjechali do Anglii, prawie się nie kontaktuje (Jarek ma z nią córkę).

    Dramat z happy endem na wszystkich frontach (prawie). Łzawości dodaje fakt, że Jarek jest sierotą. Mama zginęła w wypadku samochodowym kiedy miał 12 lat. Jechał z nią. Próbowała wyjechać do Holandii, szukać zagranicznego męża, właśnie jechali do wybranego na wakacje. Rozbili się dwa zakręty od kościoła w którym byłam chrzczona i gdzie odbywają się wszelkie rodzinne uroczystości.
    Tata umarł na raka, kiedy miał 14 lat. Ciotka, jedyna siostra mamy, która została opiekunem prawnym, zmarła na raka miesiąc przed jego 18-tymi urodzinami. Już mógł sam o sobie decydować. Takiego biednego, zagubionego, spragnionego miłości „złapała na dziecko” pierwsza z brzegu dziewczyna. Nikt w rodzinie nie był zadowolony z tego związku. Z ulgą przyjęli rozstanie.

    Gdyby nie jego wypadek samochodowy mieszkałby może w Holandii i nie mielibyśmy szansy się poznać. Gdyby nie mój wypadek samochodowy i złamany kręgosłup, nie miałabym powodu, żeby z nim dłużej rozmawiać. Trzy lata mijaliśmy się czasem na korytarzu i słowa poza „cześć” nie zamieniliśmy. Gdybym nie mąż, który pierwszy pracował w naszej firmie i mnie wciągnął, może też nie poznałabym Jarka. Jarek zaczął tu pracować, bo pracowała tu wiele lat jego ciotka i pojawiał się od małego. Zaczął przychodzić na jakieś zlecenia, żeby dorobić do renty po ojcu, w końcu miał rodzinę na utrzymaniu. Gdyby mój mąż nie odszedł z pracy, nie byłoby etatu dla Jarka.
    Wszystko się nieprawdopodobnie splata i nas prowadzi.
    Czy śmierć naszych dzieci też ma jakiś sens? Ma nam coś pokazać? Zaprowadzić nas gdzieś? A może ukarać za grzechy?

    1. tak się zastanawiam co napisać, specjalnie czekałam z komentarzem, bo suchy opis budzi złość na Twoją postawę. Łatwo jest oceniać znając część prawdy. Jedno jest faktem, miałaś dużo odwagi. Fajnie, że się wszystkim poukładało, pewnie jest to dla Ciebie dużym odbarczeniem.

    2. Wężon.
      Dopiero dziś znalazłam czas, żeby na spokojnie Cię przeczytać. I obejrzeć program 🙂
      Ja muszę od tego zacząć – masz piekny ogród i piękną córeczkę 🙂 Szkoda, że Cię nie znałam, jak wprowadziłam się do mojego mieszkania z ogrodem, mogłabym się doradzić. Rozumiem Twoją miłość do roślin, ja swoje też kocham, tylko mniej gustownie 😀

      Twój życiorys odbiera mowę. Z jednej strony czuję opór w zostawianiu małżonków, ale to dlatego, że ja swojego kocham bardzo bardziej najbardziej. Był taki czas w życiu kiedy prawie się rozstaliśmy, ale to działo się wbrew uczuciom. W końcu posłuchaliśmy swoich serc nie dup, za przeproszeniem – ale to odnosi się do mojej historii, nie do Twojej. W Twojej posłuchanie serca właśnie przyniosło odwrotne działanie niż u mnie, a w efekcie szczęście.

      Wężon, przy tym co opowiedziałaś o sobie, czuję się kompletnie niedoświadczona w życiu, ominęły mnie burzliwe rozstania, wypadki, nie ominęła mnie na szczęście miłość. Niech tak zostanie.

    1. Takie szybkie sprawdzanie bety jest nietypowe. Tylko w niewielu klinikach stosowane. Ja nie miałam. Beta jest wysoka po pregnylu. @dpt test sikany wyszedł jak najbardziej pozytywny, tak samo jak w dniu transferu. 6 dnia zbladł, ale lekka kreska była, a 9 zaczął ciemnieć od ciąży. Po co w ogóle badają betę 3dpt?

      Do punkcji nie jest się intubowanym. To trwa 10-15 minut, w lekkiej narkozie dożylnej.

      1. U mnie w klinice badają w 3,6,9 hcg, estradiol i progesteron.A po to , żeby w razie czego dodać leki w odpowiednim momencie.

        A to dobrze, że niema intubacji 🙂 Zbieram informacje bo to jeszcze wszystko przede mną.Dzięki

  18. Jestem po pierwszej wizycie. Pęcherzyk ciążowy jest w macicy, na ten moment wszystko w porządku. Leki nadal tak, jak brałam 🙂 kolejna wizyta 7 maja.

    Wężon Twoja historia jest jak z filmu, ale widocznie tak miało być. Jeśli jesteś szczęśliwa, to dobrze się stało. Nawet najlepszy mąż, jeśli się go nie kocha, nie jest dobrym mężem. A być z kimś tylko dlatego, że kiedyś przysięgło się „i że Cię nie opuszczę aż do śmierci” kiedy kończy się miłość, to katowanie drugiej osoby. Na to nikt nie zasługuje.

    Iza już 5 dni minęło 🙂

    1. R. Super wieści. To 7 maja będzie już serduszko. 🙂

      Wydawało mi się, że go kocham. Zresztą nigdy nie przeceniałam miłości. Małżeństwo z miłości to nowożytny wymysł i często wcale nam na dobre nie wychodzi. Nigdy nie przypuszczałam, że zdradzę i że podejmę tak ryzykowną decyzję idąc z dobrego w nieznane.
      Nigdy też bym nie pomyślała, że będę walczyć o dziecko.

      1. Wężon, piszesz, że małżeństwo z miłości to nowożytny wymysł….jeżeli masz na myśli miłość jako li tylko uczucie to faktycznie często nam na dobre nie wychodzi – czego sama jesteś przykładem bo napisałaś, że wydawało Ci się tylko że kochasz męża no i miałaś oczywiście rację.
        Co do miłości to wydaje mi się, że jako uczucia nie należy nie tylko jej przecieniać a wręcz absoulutnie nie można polegać na uczuciach!!! Uczucia są ulotne, zmienne, przychodzą i odchodzą.
        Miłość którą powinniśmy się kierować składając przysięgę małżeńską to nie powinno być żadne mgliste uczucie, ale stanowczy wybór. Wybór który może być oczywiście wspierany przez uczucia (i jak tak jest to jest o wiele łatwiej i przyjemniej), ale w chwilach kiedy po uczuciach nie ma śladu albo są wręcz przeciwne wybór pozostaje niezmienny i niezachwiany.

        Co do całej historii którą tu opisałaś to absolutnie nie ośmieliłabym się oceniać niczego, nie mi to oceniać…zresztą poziom skomplikowania i wydarzeń w Twoim życiu całkowicie mnie przerasta…..życzę Ci żeby dalej nie było już żadnych wypadków (w tym również samochodowych) i żebyś była prawdziwie szczęśliwa.

      1. Stało sie juz co miało stać…byłoby dobrze, gdyby można było to po prostu sprawdzić. Nie chce Cię podpuszczać, bo jest wcześnie, ale mi test juz wyszedł 9 dnia po owulacji, jesli pisklak sie wykluł, to jest szansa żeby było juz widać jakiś cień, ale zdaje sobie sprawę ze wizja jednej kreski paralizuje jak nic innego. Przeżywam z Tobą moja droga, bardzo wspieram i widzę w Tobie siebie sprzed kilku tygodni. Jest jedna rzecz którą mogę Ci poradzić zanim wiesz ze jesteś w ciazy i na zajęcie mysli, mianowicie zapamiętaj wszystkie bóle, kłucia, dźwięki jelit i wszystko co pochodzi w wnętrza brzucha, żeby potem nie martwić sie ze cos jest nie tak. Tego nauczyła mnie poprzednia ciąża, w której nic mi sie nie działo, a ciagle sie bałam ze to moze mam skurcze albo jakiś niepokojący objaw. Jestem spokojna, mimo kolejnej serii złych snów. Myśle o Tobie!

        1. Mojra, po 6 dniach wynik może być fałszywie dodatni po pregnylu. U mnie kreski były cały czas. Iza dostała dwa pregnyle, to na pewno kreska by była. Ten 9 dzień to najwcześniejszy termin. Pregnyl zostawia ślad do 10 dni od podania.

          Izu, już bliżej niż dalej. Zaraz będziesz wiedziała.

          1. Każda z nas tak świetnie zna ten czas czekania… Miałam nawet coś napisać na blogu, ale… przez moją głowę przepływają same banały… Mojra, tak, masz rację, podobnie jak miałaś mierząc wcześniej temperaturę, czego ja nie zrobiłam – trzeba zwracać uwagę na wszelkie pomruki, ukłucia i skurcze w brzuchu, a potem przypominać sobie, że to normalne. Świetnie czuję teraz każdą taką akcję. Co się stało to już jest…

          2. Dzisiaj brzydka pogoda to może będziesz odpoczywać, czytać i zaśniesz na kilka godzin. Zawsze to te kilka godzin do przodu….potem noc i do poniedziałku jakoś zleci. A w poniedziałek to już nie mam pomysłu….przydałaby się śpiączka farmakologiczna na te kilka dni 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *