Szalona bromelia

Dawno mnie tu nie było…

W walce o dziecko, która zdominowała moje życie, wszystko nagle przystopowało. Stanęłam w miejscu i łapię oddech. Dawno nie miałam tak długiego oddechu.

Wyzdrowiałam, czuję się bardzo dobrze, ale dam sobie jeszcze pracę tygodni, może miesięcy, żeby się całkowicie zagoić, zanim pójdę do kliniki. Rany się zabliźniły. Wróciłam do pracy (wróciły stary dobry służbowy wkurw na wszystko, budzik na 5.47 – podpuchnięte niewyspanie, wrócił chroniczny brak czasu – ale także od czasu do czasu zdrowa adrenalina i, choć jeszcze rzadziej, budujące poczucie satysfakcji).

Wróciłam też na rower na długie dystanse, choć czasem na trasie wpycham go pod górę (wiesz co, przerzutka nie wskoczyła – tłumaczę mężowi…). Wracam do robienia brzuszków. Dziś siedem… Mało? 4 tygodnie temu chodziłam z laską i wymiotowałam jak kot, cokolwiek „dziwnego” zjadłam.

Odbierałam od lekarza prowadzącego zaświadczenie do pracy. Napisał to, czego bali się powiedzieć w szpitalu – „zapalenie otrzewnej”.

Nie poruszałam tutaj tego wątku i nie chcę z rożnych powodów o tym pisać szerzej (jeszcze nie), ale to co się stało wiosną, stało się za sprawą zaniedbania szpitala. Przede mną trudna decyzja, co mam z tym zrobić. Wiem, co powinnam.

Zbieram siły po tym, co za mną i na to, co potem.

Tymczasem w domu kwiaty wzięły mnie pod swoją opiekę. Odciążyły mnie i przejęły funkcję mojej płodności. Zawsze dobrze rosły, teraz oszalały, żebym tylko uniosła głowę, jak one po podlaniu 🙂

bromelia

Na zdjęciu: roztańczona bromelia.

16 komentarzy

  1. Trzy lata temu będąc w początkowym okresie ciąży wylądowałam w szpitalu na SORze ze strasznym bólem brzucha. Siedemnaście godzin zajęło im zdiagnozowanie oczywistości- ciąży pozamacicznej. Otarłam się o śmierć, w momencie rozpoczynania operacji zanikało mi już tętno, brzuch pełen był krwi… po wszystkim zaczęłam walczyć, pisałam skargi do dyrekcji szpitala, ministerstwa zdrowia, rzecznika praw pacjenta. Nikt nie udowodnił lekarzowi zaniedbania, zewsząd dostawałam odpowiedzi, że po przeprowadzonym śledztwie nie wykazano winy lekarza, ale w piśmie od lekarki otrzymałam to, o co tak naprawdę walczyłam… „przepraszam”. Do dziś dnia jestem dumna, że się nie poddałam, może właśnie moje działanie uratowało jakieś kolejne życie, bo dało lekarce coś do myślenia.

    1. Kas, współczuję przeżyć, musiałaś się bardzo nacierpieć… Jak się zastanowiłam nad tym co napisałaś, to odkryłam, że nie padło słowo przepraszam. Nie myślałam o tym wcześniej. Tylko, że „przepraszam” to uznanie swojej winy, więc jak miało paść…

  2. Cieszę się, że jest lepiej 🙂
    ale rzeczywiście nie ma się co spieszyć – daj sobie czas.
    Pamiętam jak po długaśnym jak na mnie L4 pragnęłam iść do pracy 😉 Jakże szybko zapomniałam o nudzie, jakże szybko wpadłam w codzienny rytm i notorycznego wkurwa 😀
    Ale szczerze mówiąc – wolę codziennego wkurwa w pracy niż nudę na L4 🙂
    Co do wiadomej sprawy ze szpitalem – może warto skonsultować się z jakimś prawnikiem? Żeby poznać opinię, statystyki takich spraw… może gdzieś jeszcze pokieruje… może wtedy łatwiej będzie podjąć jakąś konkretną decyzję…
    Zapalenie otrzewnej też miałam… ból straszny… na skierowaniu do szpitala miałam napisane „CITO”, a baba w szpitalu powiedziała mi, żebym przyszła za 6 tygodni ;]
    uwielbiam polską służbę zdrowia ;]

  3. Hej kochana dawno nie pisalam a tu takie piekne kwiaty 🙂 Ciesze sie ze lapiesz oddech to nam sie napewno przydaje 🙂 Ja lubie kiedy duzo sie dzieje kiedy nie mam czasu na siedzenie i myslenie 🙂 Wiadomo na dluzsza mete czlowiek sie meczy ale tak od czasu do czasu to naprawde przyjemne 😀 Co do szpitala to i ja bym sie zastanowila zeby im pokazac ze nie kazdy pacjent siedzi cicho i da sobie wmawiac ze to nie ich wina! sciskam cieplutko

  4. Dzień dobry 🙂
    Długo czekałam na Twój wpis. Cieszę się, że u Ciebie lepiej i że wracasz do siebie.
    Bromelia fantastyczna. Mi się wydawało, że nie mam ręki do kwiatów, a ostatnio zakwitł mi storczyk (tak mniej więcej po roku)
    Kwiaty budzą się do życia, czas i na nas 🙂
    Pozdrawiam serdecznie.

  5. Kochane, trochę Was zaniedbałam, ale brakuje mi Waszych odwiedzin. Mam teraz tę przymusową przerwę w leczeniu (więc mniej do opowiedzenia w sprawie), a jak zacznę pisać na blogu o moich osiągnięciach kulinarnych to stracę Wasz szacunek i zabiję wiarę, że gatunek ludzki przetrwa… 🙂

  6. Witaj
    Przeczytałam Twojego bloga z dziwnym uczuciem – jakby czas się dla mnie cofnął. Znane emocje, o których sama chciałam zapomnieć. Moja historia jest trochę podobna – a piszę o niej bo niestety pamiętam o czym myślałam przez te kilka lat za każdym razem. Pierwsza ciąża – 10 lat temu – radość a potem tylko straszny ból, strach i żal- pozamaciczna,jajowodowa. Nadzieja – jest jeszcze drugi jajowód,będziemy monitorować cykle – uda się! Udało się na chwilę,zdążyłam się ucieszyć i straciłam w 5/6 tygodniu. Znowu żal i brak przyczyny. Ale próbujemy …- Udało się i jak to możliwe? – pozamaciczna , drugi jajowód. Dlaczego? Czasami „tak się dzieje” ale niech pani nie próbuje więcej bo skończy się tak samo- słowa lekarza. Uciekłam w prace, przyjaciół.
    Zaliczyliśmy z mężem kilkumiesięczne rozstanie-chyba nas to przerosło…
    I zaczęliśmy znowu próbować – in vitro -bo innej szansy, opcji już nie ma. I znów się udało, i znów na kilka tygodni i została pustka i żal. I jeszcze kilka transferów nieudanych i kolejna procedura, po drodze hiperstymulacja i czekanie. Teraz też, czekam..
    A piszę o tym bo chcę Ci powiedzieć, że Kobieta to taki dziwne stworzenie, które bardzo dużo zniesie i jest potwornie uparte i wytrwałe. Wiele razy chciałam rezygnować. Zastanawiałam się tak jak Ty jak byłabym szczęśliwa gdybym znowu nie chciała mieć dziecka.Jak to było dobrze jak mnie nic nie bolało, mogłam jeść, chodzić, śmiać się,…kichać. I dopóki nie poczułam się lepiej marzyłam tylko o tym. A potem? a potem zaczynałam kolejne próby. Bez gwarancji powodzenia ale …
    I jestem dzisiaj pewna że nie potrafiłabym spokojnie żyć bez tej świadomości, że wykorzystałam wszystkie dane mi szanse. Myśl, że może akurat wtedy gdy odpuściłam może by się udało nie pozwoliłaby mi cieszyć się życiem.
    Ale się rozgadałam!
    Zdrowia Ci życzę bo resztę masz nawet jeśli sama sobie jeszcze nie zdałaś z tego sprawy.

    1. Droga bjm! Przeczytałam Cię dwa razy. Uważnie. Bardzo dużo przeszłaś. Wydaje się, że to się nie mieści w głowie.
      Za chwilę wyjeżdżam na kilka dni, bez internetu, ale nie chciałam Cię zostawić choć bez krótkiej odpowiedzi.
      Twoja historia jest smutna i na szczęście jeszcze nie zakończona. Tak długo jak będziemy miały siły, będziemy szukać szczęśliwego kłębka na końcu. Czytam Cię i słyszę własne myśli – żałowałabym, gdybym nie podjęła tych prób, które za mną i które przede mną. I tak, kobieta to silne stworzenie. Nie poddajemy się.
      Dzięki. Czekam z Tobą :)…

  7. Wpadlam na Twoj blog przypadkiem, szukajac mozliwosci leczenia torbieli jajnika ( mam Ja od 15 lat, dosc duza i dwukomorowa, ale na usuwanie panicznie boje sie isc ) . Podziwiam Cie za Twoja sile i wole walki 🙂 Czytam komentarze po kazdym Twoim wpisie i nasunela mi sie taka mysl po opisaniu tu w komentarzach przez rozne kobiety swoich doswiadczen. A mianowicie gdzie jest granica tej walki ? W ktorym momencie odpuscic i powiedziec sobie: ” ok, nie wychodzi mi zajscie w ciaze, ale mimo to moge miec fajne zycie i przezyc je szczesliwie”. Lekarze duzo umieja, duzo psuja, czasem nie wiedza co robia, ale eksperymentuja w imie nauki i koncernow farmaceutycznych, ktore wymyslaja coraz to nowe leki niekoniecznie dobre , dla nas kobiet. Czy kazda kobieta, aby byc spelniona zyciowo musi miec dziecko ? A jesli musi to czy musi to byc dziecko biologiczne? Pisze to dlatego, ze znam 3pary, ktore adoptowaly dzieci i sa naprawde fajnymi rodzinami. Sama prawdopodobnie tez bede miec problemy z zajsciem w ciaze ( najpierw trzeba usunac ta torbiel ) i tak se mysle, ze nie chcialabym aby lekarze na mnie eksperymentowali stosujac leki, robiqc takie czy inne zabiegi itd. Jesli tylko partner niemialby nic przeciwko adoptowalabym dziecko, zalozylabym rodzinny dom dziecka lub rodzine zastepcza etc. Takie dzieciaki naprawde potrafia dac duzo radosci. A problemy moga byc i ze swoimi i z adoptowanymi. Moze moje myslenie bierze sie stad, ze na co dzien pracuje z dziecmi, wiec duzo mi juz rekompensuja i sprawiaja duzo radosci. Wiadomo to co innego, ale nie warto zafiksowywac sie tylko w jednym kierunku. Z gory przepraszam jesli kogos urazilam swoja wypowiedzia.

  8. Witam, znalazlam Twojego bloga szukajac informacji o usuwaniu torbieli jajnika, laparoskopii itd. Mam taka od 15 lat i panicznie boje sie usuwac itd. Ale nie o tym. Prawdopodobnie bede miala tez problemy z zajsciem w ciaze. Zreszta zeby nawet probowac to musze najpierw ja usunac. Podziwiam Cie za sile, wiare, odwage i nadzieje. Duzo jest tu rowniez komentarzy innych kobiet, ktore tez maja problem z zajsciem w ciaze. Zastanawia mnie tylko gdzie jest granica probowania ? Tzn. kiedy np. przestac ingerowac w swoje cialo coraz to nowymi zabiegami i np. cieszyc sie zyciem z mezem czy partnerem. Ile tych prob zrobic np. in vitro zeby w koncu powiedziec : stop , trudno, nie moge miec dzieci , ale mam mimo to fajnego partnera i mozemy miec calkiem fajne zycie razem mimo, ze bez dzieci? Dzis przeczytalam na onecie artykul, wprawdzie troche tendencyjny, ze nieplodnosc to kat zwiazkow. I tak sobie mysle, ze faktycznie cos w tym jest. Zycze Ci autorko bloga, zeby sie udalo, nikt tak na to nie zasluguje jak Ty. Ale tez nie zapominajcie w tym wszystkim o sobie nawzajem.

  9. Właśnie na takie wiadomości czekałam:) Twój powrót do zdrowia to naprawdę dla mnie najlepsza informacja tego tygodnia. Wiem że ostatnio troszkę Cię zaniedbuje ale myślami jestem z Tobą. Ściskam cieplutko!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *